Ledwo wstało słońce, ulice jeszcze puste. Jest przenikliwie chłodno, ale wiem, że za kilka godzin będzie bardzo ciepło. To jak z bieganiem – jeśli wyjdę przed blok i poczuję, że ubrałam się zbyt cienko, to znaczy że jest dobrze i będę jechać w odpowiednim komforcie. Najwyżej potelepię się z zimna przez pierwsze dziesięć minut.
Zakładam pasek od pulsometru. Jedna warstwa ubrań, druga, trzecia.. Skarpetki, buty, owiewy, jedna albo dwie pary rękawiczek. Jeszcze kilka minut – ale ze dwa razy zbyt długo – na pakowanie różnych rzeczy do podsiodłowego schowka i jestem gotowa do drogi.
Wyprowadzam rower. Cyk cyk cyk cyk – jak ja lubię ten dźwięk.
Znaleziono sygnał satelity.
Znaleziono czujnik kadencji.
Znaleziono miernik mocy.
Znaleziono czujnik tętna.
Oho. Mądre urządzenia zamieniają każdy mój ruch, każdy przejechany kilometr na tysiące cyferek. Jestem w swoim własnym centrum badawczym. Prędkość, czas, tempo, tętno, kadencja, moc.. Kiedy ja się tego wszystkiego dorobiłam?
Kiedyś moje „idę na rower” znaczyło zupełnie co innego. Mniej więcej to co w tytule.
Możecie wierzyć lub nie, ale cztery lata temu nie wiedziałam nawet, co to jest dętka. Wiem że to żałosne, ale naprawdę tak było. Jako człowiek absolutnie niezainteresowany sportem jako takim nie kalałam się ani gramem wiedzy o częściach czy typach rowerów. Rower to był rower. W domu, podczas sezonu letniego, stał na balkonie jeden albo dwa rowery, na których czasem się jeździło. Jeśli miał pedały, kierownicę, a siodełko było ustawione tak, że sięgałam nogą do ziemi, a jednocześnie nie miałam kolan pod brodą – wszystko było w jak najlepszym porządku. Jeździłam czasem po lekcjach na rowerze, prawie zawsze tą samą trasą i z tym samym kolegą. Zazwyczaj w trakcie takiej wycieczki robiliśmy około 20 kilometrów. Rewelacyjnie wspominam te małe wyprawy. Gdyby jednak ktoś powiedział mi wtedy, że będę wydawać miliony monet na sprzęt rowerowy, mierzyć sobie puls, dam się wpiąć butami w pedały, ba – że będę w ogóle wychodzić sama na rower, nigdy bym w to nie uwierzyła. Zupełnie nie moja bajka.
Śmiesznie się na to spogląda z perspektywy czasu.
Jeden z rowerów – damkę kupioną na Allegro za 100 zł, która fartownie przypasowała mi rozmiarem – któregoś razu zabrałam ze sobą od rodziców do Warszawy. To był strzał w dziesiątkę. Zaczęłam delikatnie poruszać się po mieście rowerem, dojeżdżać nim ze Służewca do Centrum na uczelnię. Wojtek też przywiózł sobie rower z rodzinnego domu, zaczęliśmy więc jeździć na krótkie wycieczki na naszych składakach. Pewnego dnia mój poczciwy Kilimanjaro zniknął z klatki schodowej, która (niestety) służyła mu często za parking. Jako że wtedy już na dobre zamieniłam autobus na rower, Wojtek postanowił „oddać” mi swojego Granda. Z Grandem bywała granda. Czasem na przykład odkręcał mi się w nim pedał, nagle i niespodziewanie, zmuszając mnie po pierwsze do ćwiczenia refleksu, a po drugie do szukania na ulicy dobrodusznego kierowcy samochodu, który poświęci chwilę czasu (i czystość swoich dłoni), aby uratować rowerzystkę w potrzebie. Zasadniczo jednak mój prawie 16-kilogramowy góral sprawował się dobrze, zwłaszcza wtedy, kiedy Wojtek postanawiał rzucić na niego okiem, bo wtedy zazwyczaj okazywało się, że powietrze z kół zeszło już dawno poniżej oczekiwanego poziomu.
Za jakiś czas mój ukochany kupił sobie górala Authora i zapragnął jeździć ze mną na dłuższe wycieczki, co oznaczało, że odstawałam od niego drastycznie nie tylko ze względu na marną formę i jeszcze marniejsze umiejętności rowerowe, lecz także przez przedpotopowy rower. Naturalną koleją rzeczy stało się więc sprezentowanie mi lepszej fury. Na początku maja 2011 dostałam moją kochaną Mykę. Wydawało mi się wówczas, że kosztuje masę pieniędzy (1900 zł) i z samego faktu kosztowności będzie jeździć jak Porsche Cayenne. Woziłam się dumnie na moim najwyższej klasy Specu i miałam wrażenie, że mogę podbić cały świat.
Myka od początku była rowerem wielofunkcyjnym. Służyła mi do poruszania się po mieście (razem z łańcuchem o wadze ponad 1,5 kg, który woziłam ze sobą w plecaku, aby ją przypinać, gdy musiałam ją gdzieś zostawić), do trzygodzinnych jazd na trenażerze zimą, do wycieczek po lesie i długich przejażdżek po asfalcie.. Wychodziłam na rower zupełnie jak za bardzo dawnych czasów, kiedy jako mała dziewczynka po prostu wynosiłam rower przed blok i jeździłam sobie bez celu. Wtedy działałam dokładnie tak samo – wsiadałam na Mykę i jechałam przed siebie, eksplorując Warszawę, poznając zakątki miasta, o których nie miałam podejścia, i nabijając kolejne kilometry.
Jakim sposobem i kiedy odkryłam „pętlę habdzińską”, tego nie pamiętam. Nie mogłam się nadziwić, że tak blisko tłocznego, głośnego miasta jest miejsce, w którym znajdę pusty asfalt, pola słoneczników, a obok drogi będą pasać się krowy. Pętla natychmiast stała się moim najulubieńszym miejscem na świecie. Brałam Mykę i wyjeżdżałam kręcić kilometry, snując podczas tych wycieczek najróżniejsze rozmyślania. Nawet gdy zaczęłam więcej biegać, jeździłam na rowerze z taką samą chęcią, bo.. mogłam na nim odpocząć. Jeśli któregoś dnia miałam wiele spraw do załatwienia na mieście, wymyślałam sobie najbardziej okrężne drogi, po których mogłam do nich dotrzeć. I tak na przykład jeździłam z Mokotowa do Centrum przez Wał Miedzeszyński i most Grota (a potem most Skłodowskiej-Curie) albo przez Powsin, Ursynów i przez Puławską. Byle więcej sobie pojeździć. Niestety, zazwyczaj na takie wycieczki musiałam zabierać przynajmniej torbę albo plecak, dodatkowo obciążony przez wspomniany wyżej łańcuch. W połączeniu z – jak się okazało – nieco za małą ramą roweru taka intensywność jazd wywołała narastające problemy z bólem pleców. Bardzo długo sądziłam, że tak po prostu musi być i nie przejmowałam się tym nawet wtedy, gdy po zejściu z roweru próba wyprostowania się wyciskała mi łzy z oczu. Coś jednak skłoniło mnie do zrobienia rezonansu kręgosłupa, a kiedy zobaczyłam opis tegoż.. Ekhm. Zadzwoniłam do fizjoterapeutów z prośbą o umówienie wizyty na cito, po czym natychmiast wsiadłam na Mykę i dokręciłam kilkadziesiąt kilometrów, bo bałam się, że to może być moja ostatnia jazda na bardzo długi czas. W jednym się nie pomyliłam: rzeczywiście dostałam kategoryczny zakaz biegania i rowerowania przez kilka tygodni. Z ciężkim sercem zgodziłam się na niebieganie, ale na zakaz roweru absolutnie nie, o czym otwarcie powiedziałam lekarzom. W głębi serca chciałam się na to zgodzić, ale wiedziałam, że nie dam rady porzucić Myki, więc w tej chwili fizjoterapeuci upewnili się co do tego, że nie dojdą ze mną do porozumienia w tej kwestii. Skoro nie mogłam biegać, jeździłam jeszcze więcej, dochodząc do stu kilometrów dziennie, dzień po dniu przez wiele tygodni. Patrząc z perspektywy czasu zgoda na przerwanie treningu biegowego była ogromnym błędem z mojej strony; to był ostatni moment, żeby uratować moje bieganie po przebytej kontuzji przywodziciela, a wraz z kolejnym narzuconym przerwaniu treningu wszystko się rozsypało. To nie czas i miejsce, żeby wchodzić w szczegóły tego, co to znaczy „wszystko”, w każdym razie jeśli chodzi o kwestie rowerowe, to był to naprawdę osobliwy czas. Zamiast spać, jeździłam na rowerze, zaliczając co chwilę poważne hipoglikemiczne zjazdy. Nie raz zdarzyło mi się przysnąć podczas jazdy, co jest zarazem zabawne i przerażające.. Psychicznie się wtedy zahartowałam i zajechałam jednocześnie.
Na pętli mijałam kolarzy – samotnie i w grupach – i nie mogłam się nadziwić, że tak szybko jeżdżą. Miałam wrażenie, że jestem najwolniejszym ślimakiem w okolicy. Do tego ja machałam wszystkim, a mnie nie machał nikt – zapewne miało to związek z moim niebardzo kolarskim ubiorem w postaci tenisówek (latem) lub wielkich traperów (zimą), bawełnianej koszulce lub puchowej kurtce i takich tam.. Nie traciłam jednak fasonu, bo przemierzanie kolejnych pętli naprawdę mnie cieszyło.
Droga do wyleczenia kręgosłupa była długa i pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji, ale teraz już mogę powiedzieć z całą pewnością, że mi się to udało i myślę, że jeśli nie zaniedbam tej kwestii, to te kłopoty już nie wrócą. W każdym razie rower szosowy kupowałam jeszcze z duszą na ramieniu, bo nie wiedziałam, czy przypadkiem nie rozwalę sobie pleców. Proces kupowania roweru szosowego był w gruncie rzeczy równie zawikłany co historia kontuzji, bo ja za nic w świecie nie umiałam uwierzyć w to, że szosówka daje jakiś profit w stosunku do roweru górskiego. To co mówił mi rowerowy maniak-Wojtek w kwestii geometrii roweru, opływowości kształtu, pozycji na kierownicy, szerokości oponek (…) wpuszczałam jednym uchem, a wypuszczałam drugim. Takie tam gadanie. Jednak kiedy W. stwierdził, że skoro chcemy spróbować wpuścić mnie w sidła triathlonu, to nie ma zmiłuj i muszę nauczyć się jeździć na szosie, wtedy zaczęły się poszukiwania. Roweru i funduszy. Myśl o kupieniu roweru za kilka tysięcy była dla mnie przerażająca, równie bardzo jak dla mojej mamy, od której pożyczyłam całość kwoty z zamiarem ratalnego spłacania jej przez lata. Tak czy inaczej, pewnego pięknego dnia wyjechałam z salonu na moim nowym rumaku, a raczej obok niego, bo.. Jakby to ująć. Podobnie jak niektóre kobiety zmagają się z depresją poporodową, tak ja miałam depresję rowerową. Nie dość że to było zupełnie inne niż moja Myka, kompletnie inaczej się na tym siedziało, opon toto prawie nie miało, to na domiar złego od razu przyspawano mnie do butów spd. Wrzucona na głęboką wodę wypierniczyłam się trzy razy w ciągu pierwszych dziesięciu minut, zdzierając sobie łokieć, kolano i świeżutką owijkę kierownicy, a potem odważnie, choć z trzesącymi się dłońmi ruszyłam na pętlę habdzińską (na której złapałam poziom jeszcze dwa razy). Myślą przewodnią tamtych wycieczek było: „Jakby co, to wywalaj się na prawą stronę”. Dużo czasu zajęło mi oswojenie się z tym rowerem, a zwłaszcza z obsługą szosowych pedałów. W stu procentach komfortowo z tym ustrojstwem zaczęłam się czuć dopiero po tym, jak pojeździłam w górskich spd po lesie, czyli.. w tym roku. No cóż, ważne że do przodu.
Myślałam że zakup szosówki jest już ostateczną fazą stawania się sprzętowym profesjonalistą. Jakie było moje zdziwienie, kiedy się dowiedziałam, że istnieją koła, które są pięciokrotnie droższe od mojego Giantino, a co więcej, że docelowo kiedyś tam w przyszłości powinnam rozważyć ich zakup (nadal mnie to przeraża). Albo że siodło sprzedawane fabrycznie nie jest uniwersalnym rozwiązaniem dla wszystkich użytkowników. I inne takie. W zeszłym roku trafiłam na bikefitting, nie dowierzając, że na rowerze nie trzeba cierpieć, i że to nie do końca normalne, że nie mogę poradzić sobie z jazdą pod wiatr, że po dłuższych jazdach koszmarnie boli mnie szyja, nadgarstki, plecy. Przestawienie mojej pozycji na rowerze zmieniło ogromnie wiele (jak stwierdził fitter – „nawet osoba z całkowicie zdrowym kręgosłupem nie wytrzymałaby długo jazdy w takiej pozycji”), ale nadal szukam i szukam.. Jak do tej pory, obok różnych siodeł, najbardziej zaskakującym odkryciem była dla mnie lemondka. Podobnie jak z butami spd, zaczynałam z nią od trudniejszego wariantu, to znaczy od krótkiej przystawki do dystansu olimpijskiego. Do pewnego czasu po prostu nie było mowy, żebym za nią złapała. Jeździłam z tym dzyndzlem za parę stów, sterczącym nieśmiało z kierownicy, i patrzyłam na niego podejrzliwie. A pewnego dnia po prostu się na tym oparłam i pojechałam. Szybko okazało się, że podczas długich jazd mogę oprzeć się o nią jak o długą lemondkę, zwracając jednak większą uwagę na to, aby nie stracić równowagi w niepożądanym momencie. Na szczęście oprócz obitych, pozdzieranych i posiniaczonych od długiego opierania się przedramion nie zaliczyłam żadnych strat. Bilans ujmuję jako ostateczny, bo od trzech dni jeżdżę już na długiej lemondce, której wcześniej kompletnie nie znałam, a którą natychmiast okrzyknęłam jednym z najwspanialszych wynalazków ludzkości. W połączeniu z miernikiem mocy, który posiadłam również kilka dni temu, sprawia że jazda pod wiatr jest tak mało denerwująca jak nigdy wcześniej.
Jednak – cały czas poszukuję i poznaję swój rower. Na razie idzie mi tak sobie. Pierwszą jazdę w nowym sezonie zakończyłam skonfundowana, bo po 2/3 drogi znajomi odjechali mi za horyzont, a ja nie wiedziałam dlaczego nie mogę ich dogonić, mimo że wcale nie czułam się zmęczona jazdą. Dopiero jak zsiadłam z roweru zauważyłam, że przynajmniej 40 z 60 kilometrów jechałam z hamulcem przylegającym do obręczy.. Kilka jazd później reagowałam już na znajome „syczenie” przycieranego koła, ale jeszcze wtedy nie wiedziałam, że mam niedokręcone koło, które pewnie ruszało mi się na prawo i lewo na zakrętach. Wszystko przez to, że zdejmując rower z trenażera za każdym razem luzuję zacisk koła i potem o tym zapominam.. Ech, te ujemne zdolności manualne.
Odkrycia ostatnich lat, zarówno te techniczne, jak i umiejętnościowe sprawiają, że mogę jechać dłużej, dalej i w większym komforcie. A o to przecież chodzi. W ogóle mi nie przeszkadza, że jeżdżę ciągle po tej samej pętli – ona mi się chyba nigdy nie znudzi – bo nie jeżdżę dla widoków. I że nie przejadę moim mało uniwersalnym rowerem po chodniku, po krawężnikach albo po leśnej ścieżce, i że moja prywatna stacja badawcza co sekundę pobiera dziesiątki danych, których wykresy mogę potem dogłębnie analizować. Mentalnie jestem tak samo wolna, a nawet bardziej, bo coraz szybsza.
I żeby tylko wreszcie znaleźć dobre siodło.. To które obecnie testuję jest na tyle dobre, że pozwoliło mi spędzić na rowerze prawie 13 godzin od piątku do niedzieli, i na tyle kiepskie, że dzisiejsze trzy i pół godziny były już poważnym wyzwaniem psychofizycznym. Jestem już dosyć zdesperowana, bo tak naprawdę komfort siedzenia jest już jedynym elementem, który nie pozwala mi na jeżdżenie bardzo długich treningów. Pociesza mnie myśl, że może być tylko lepiej.

1 Comment »

  1. A podziel się habdzińską pętelką, co? Jak to wygląda?
    Jeśli chodzi o rower to ja pamiętam swoją pierwszą przejażdżkę szosą: "o k…., to tym można tak szybko jechać?!" 😉

Dodaj komentarz