Życie czasem dzieli się na „przed egzaminem” i „po egzaminie”. Tak też było w zeszłym tygodniu. Przez jeden dzień, który poświęciłam na naukę do poprawki (pomiędzy treningami oczywiście – ale i tak ciągnął się w nieskończoność) narosło mi tyyyyyle zaległości, jakbym co najmniej zrobiła sobie tydzień wolnego od rzeczywistości. Wracając z uczelni, na zawsze wolna od językoznawstwa diachronicznego, zastanawiałam się co chcę i muszę zrobić jako pierwsze:
a) wyspać się – poprzedniej nocy zaliczyłam niecałe pięć godzin snu, bo przed piątą rano wstałam się uczyć. Wiadomości najlepiej wchodzą do głowy, kiedy ma się nóż na gardle. W przeddzień, a raczej w przedwieczór egzaminu nie potrafię zarwać nocy żeby zakuwać;
b) zrobić pięć treningów naraz – gdyż w dniu poprzednim spędziłam jakieś siedem godzin na gapieniu się w notatki, co jest prawdopodobnie moim rekordem uczenia się w jednym ciągu, zatem następnego dnia nieźle mnie roznosiło – tym bardziej, że już woooolność, wolność i swobooooda;
c) usiąść do kompa, poodpisywać na wiadomości i zrobić te tysiące rzeczy, za które nie mogłam się złapać dzień wcześniej.
Na dobry początek posprzątałam mieszkanie, następnie przekimałam się przez godzinę, a potem zaczęłam nowe, zupełnie niediachroniczne życie.
Mogłam z czystym sumieniem zacząć korzystać z wiosny, czego nie omieszkałam uczynić. I to z nawiązką, ale tym razem (i tylko tym!) daruję czytelnikom opisy moich zmagań z hamulcem rowerowym zaciskającym się na obręczy, o moim kosmicznym tętnie i zamrożonych płucach podczas nieudolnych treningów biegowych, a także o rozważaniach i spostrzeżeniach z basenu. Ale co się odwlecze to nie zając – czy jakoś tak to szło.
Wiosna i lato wywołują u mnie jakiś przedziwny przypływ euforii. Dostaję taki strzał energii, jakby drogą fotosyntezy uruchomiły się we mnie jakieś wewnętrzne rezerwy. Jeszcze dwa miesiące temu po cięższych treningach na basenie wracałam do domu i jeśli musiałam coś pilnie zrobić przy komputerze (albo nie daj Boże przy książkach), to musiałam to zrobić naprawdę szybko, bo potem padałam na twarz, zakopywałam się pod kołdrą i musiałam zaliczyć przynajmniej dwadzieścia minut drzemki, zanim byłam gotowa do dalszego funkcjonowania. Teraz zamiast godziny spania wybieram dwie godziny jazdy po pętli habdzińskiej. Odkąd zaczęło się robić jasno o 5:30, nie mam już absolutnie żadnych hamulców i najchętniej to w ogóle bym nie spała. Chociaż dziwnym trafem zasypiam jeszcze zanim moja głowa dotknie poduszki.
Rozkminiłam jednak, jako że jestem Wielkim Rozkminiaczem, że choć działanie fotosyntezy w moim ludzkim organizmie jest raczej niewyjaśnione, to na pewno moje wspaniałe samopoczucie ma związek z faktem, że – tak sobie myślę – najfajniej mi się zawsze żyło latem.
Jeśli sięgnę do najstarszych swoich wspomnień – to jest tych z okresu, w którym już w miarę samodzielnie decydowałam co chcę robić – to kompletnie nie pamiętam co robiłam podczas zim. Natomiast czasy letnie pamiętam doskonale.
Na szczęście należę jeszcze do pokolenia, które dzieciństwo spędzało na podwórku, a nie przy komputerach. Co prawda pierwszy komputer domowy dostałam w wieku siedmiu lat i od razu się z nim blisko zaprzyjaźniłam, ale przez kilka następnych lat musiałam go dzielić z rodzicami. Było więc dla mnie naturalne, że nawet jeśli na długie godziny pochłonęła mnie jakaś gierka albo tworzenie bohomazów w Paint’cie, to kiedy tata wracał z pracy, komp przechodził w jego władanie. A ja wtedy z radością spadałam na dwór.
Czego się na tym podwórku nie robiło! Niemal cały świat dzielił się na place zabaw. Na jednym podwórku miałam dwie koleżanki, siostry, którym rodzice nie pozwalali wychodzić poza ich pole widzenia z okien, więc bawiłyśmy się w obrębie kilku huśtawek i drabinki. Za ich blokiem był jeszcze jeden plac, na którym zazwyczaj siedzieli starsi i palili papierosy, więc tam prawie w ogóle się nie zapuszczałam. W mojej pamięci ten plac zabaw widnieje jako chłodny i zacieniony.
Na podwórku bezpośrednio pod moim blokiem nie było nic ciekawego – pełno dzieciaków zupełnie nie z mojej bajki. Sam plac był OK – kiedyś poznałam na nim jedną z koleżanek, Lucynę. Prawie przejechałam ją rowerem, zahamowałam w ostatniej chwili, a ona – jakby zupełnie niewzruszona sytuacją – spojrzała mi głęboko w oczy i zapytała: „Jak masz na imię?”. I tak narodziło się dobre koleżeństwo na długie lata.
Miałam sporo całkiem dobrych koleżanek i kolegów – z kilkoma osiedlowymi kolegami nawet „brałam śluby”, święcone wodą z pobliskiej rzeczki-smródki i uczczone mleczami, zrywanymi przez „świadków” – ale w mojej wyobraźni te wspomnienia funkcjonują bardziej przez miejsca niż poszczególne osoby. Doskonale pamiętam jak długimi godzinami wędrowałyśmy z kumpelą po osiedlu, kupując i szamiąc jedną paczkę keczupowych chipsów Cheetos za drugą. Jak bujaliśmy się wszyscy na poziomych huśtawkach, wołając jeden do drugiego: „ej, nie podbijaj!”. Szczytem adrenaliny było rozhuśtywanie się na normalnej, jednoosobowej huśtawce, i wyskakiwanie z niej tak, żeby spaść na nogi, a nie na twarz. Nie wszystkim się to udawało. Nie muszę chyba dodawać, komu się NIE udawało; powiem za to, że raz miałam taką śliwę pod okiem, że wstydziłam się iść do szkoły.
Kiedy Bozia rozdawała zręczność, koordynację ruchową i zdolności manualne, z pewnością stałam w innej kolejce albo poszłam głaskać małe kotki. Jednak zawsze byłam dzieckiem bardzo aktywnym, a im więcej się nabiegałam, tym lepiej dało się mnie znieść (i to zostało mi do dzisiaj, heh). Jeśli kogoś dziwią moje opowieści, zresztą wcale nie z zamierzchłych czasów, o tym jak po treningu biegowym  z podejrzeniem złamania zmęczeniowego pojechałam na ostry dyżur na rowerze, to wystarczy wspomnieć, jak jako ośmio- czy dziewięciolatka – targana frustracją i nastrojem „nie zbliżać się, gryzę” z powodu ostrego zapalenia ucha, które nie dawało mi wyjść na dwór pohasać z koleżankami – pojechałam z mamą do laryngologa. To znaczy mama poszła, a ja pojechałam – na hulajnodze. Od razu świat stał się piękniejszy, mimo że ból ucha przewiercał mi czachę na wylot.
Zapalenia ucha zdarzały mi się zresztą bardzo często, przez co bardzo rzadko chodziłam na basen, choć mój ojciec pływał regularnie raz albo dwa razy w tygodniu i teoretycznie mógł mnie ze sobą zabierać. Zresztą, jak łatwo się domyślić, kiedy już mnie zabrał, to tylko jedno z nas pływało, a drugie stało przy ścianie, trochę nurkowało, trochę się chlapało w wodzie i generalnie strasznie się nudziło. Zgadnijcie które. Ehę, bingo. Co najśmieszniejsze, na tym samym basenie i mniej więcej w tym samym okresie (~11 lat) jednorazowo wzięłam udział w zawodach pływackich i nie dopłynęłam nawet ostatnia. Nie wiem jak to się stało, gdyż umiejętność pływania, którą posiadłam i praktykowałam na wodach otwartych Morza Adriatyckiego podczas wakacji z rodzicami, pozostawała raczej nietykana. Raz jednak, kiedy zdecydowałam się już pójść na basen, miałam jakiś dzień konia i tak ot postanowiłam sobie, że przez określoną ilość czasu będę pływać od ściany do ściany, nie zatrzymując się ani razu. Pamiętam że przepłynęłam w końcu (swoją koślawą żabą) dwa razy dłuższy dystans niż planowałam, a im dłużej płynęłam i bardziej byłam zmęczona i obolała, tym więcej satysfakcji z tego powodu czułam. Po 1500 metrach wyszłam z basenu na chwiejnych nogach i z czarną dziurą przed oczami, ale dumna i blada.
W ogóle od początku świata strasznie szukałam „poważniejszej” aktywności dla siebie. Raz, że z fizycznej potrzeby ruszania się, dwa – z wewnętrznej potrzeby trwania w jakimś reżimie i regularności. Wtedy oczywiście w ten sposób bym tego nie nazwała, ale teraz już bardzo dobrze rozumiem o co chodziło. Moi rodzice nigdy nie nakładali mi żadnych barier, zakazów, ograniczeń, nie dawali wytycznych i nic mi nie rozkazywali. Zasadniczo od bardzo wczesnego wieku miałam duże pole do samodzielnego manewru i samodecyzyjności. Jeśli jakimś cudem dostałam za coś szlaban, co zdarzyło się może dwa razy, bo na pewno nie więcej, to najgorszym moim dramatem było to, że oni już dawno o tym zapominali, a ja cały czas trwałam w tym szlabanie. Kiedyś zakazali mi siedzieć przy komputerze dłużej niż trzy godziny dziennie. Każde normalne dziecko, wiedząc że rodzice wieczorem wyjdą na cztery godziny albo i dłużej, wykorzystałoby swoje oficjalne trzy godziny kiedy mu się żywnie podoba, a po wyjściu rodziców.. myszy (komputerowe) harcują. Ale nie ja – ja całkiem świadomie, dobrowolnie i swoim autorskim pomysłem (sic!) położyłam sobie przy komputerze kartkę, na której zapisywałam dokładną godzinę wejścia i wyjścia z komputera. Byłam wściekła za ten głupi szlaban, ale uczciwie notowałam czas co do minuty, również wtedy, kiedy byłam sama w domu.
Od najmłodszych lat byłam naturalnie odpowiedzialna, a wręcz miałam poczucie, że losy całego świata spoczywają na moich barkach. Mówię cały czas o okresie ~9-10 lat. Jeśli spotkałam na podwórku bezdomną kotkę z kociakami to nie spoczęłam, zanim nie zorganizowałam im domów (co niejednokrotnie angażowało moją mamę, która musiała kupować kolejne medykamenty do dezynfekowania ran ciętych i kłutych oraz tatę, który musiał jeździć ze mną po weterynarzach i schroniskach). Potrafiłam dzwonić po weterynarzach i szukać taniej sterylizacji dla podwórkowego kota. Opiekowałam się wszystkimi kocimi i psimi zakapiorami z osiedla (oczywiście każdy z nich miał imię).
A więc, generalnie, poszukiwałam jakiegoś fundamentu, który w jakiś sposób organizowałby mi życie. Całkiem trafnie moja podświadomość stwierdziła, że takim organizerem może być sport. W podstawówce chodziłam trochę na basen, ale patrz wyżej – zapalenia ucha – i nie za wiele się napływałam. Próbowałam się łapać dosłownie wszystkiego, co tylko przyszło mi do głowy, i znając życie w każdej z tych dyscyplin byłabym gotowa się spełniać. Prawie namówiłam mamę, żeby zapisała mnie na łyżwiarstwo synchroniczne, ale okazało się że zajęcia są w trakcie moich szkolnych lekcji. Przewijały się też rozważania o tenisie, o karate (!), taekwondo (!!), różnorakich tańcach.. Ale to wszystko były moje i tylko moje rozważania, bo moi rodzice, znając moje Sto Pomysłów na Minutę patrzyli na to z pogodną pobłażliwością. Na jazdę konną też nie chcieli się zgodzić, jednak ostatecznie udało mi się postawić na swoim i przez kilka lat pojeździć, a stało się to właściwie przypadkiem, gdyż jako przewodnicząca szkolnego samorządu w gimnazjum w zamian za zorganizowanie akcji zbierania pieniędzy na wykupienie źrebaka z rzeźni dostałam propozycję przyjścia na jazdę do osoby, która była odgórnym koordynatorem akcji. I tak oto udało mi się pójść „na tę jedną, jedyną jazdę”, potem na drugą, a tydzień później byłam już zapisana na intensywny obóz jeździecki na wakacje.
Z jazdy konnej musiałam w końcu zrezygnować, gdyż po wielu latach błagania udało mi się namówić rodziców na psa i okazało się, że nie da się robić wszystkiego, a pies był absolutnym priorytetem. Zaczęły się dłu(uuu)gie spacery, ogromnie satysfakcjonująca praca z dorastającym szczeniakiem w psim przedszkolu, a potem regularne treningi agility. W końcu jakiś zalążek reżimu! Wiele z tych treningów pamiętam jakby były wczoraj, wszystkie ogromnie mnie cieszyły. Jeśli nawet nie z powodów czysto agilitowych, to ze względu na klubową atmosferę.
Za czasów wczesnej podstawówki dostałam wrotki, ale bardzo szybko okazało się, że nie radzę sobie na nich zbyt dobrze. To bardzo delikatne określenie. Moja mama prawie wyła ze śmiechu, kiedy krokiem kaczki dotoczyłam się do windy, a kiedy winda ruszyła, jedna noga odjechała mi w przód, druga w tył. Mama zdążyła mnie złapać, więc w półpochyleniu przejechałam jej między nogami i wyryłam czołem w ścianę windy. Parę minut później moja przygoda z wrotkami skończyła się raz na zawsze.
O dziwo, na rolkach jeździłam bez problemu od pierwszej próby. Bardzo często po szkole wychodziłam z kolegą i koleżanką na rolki i bardzo dobrze to wspominam, mimo że nigdy nie nauczyłam się hamować oraz byłam prawdopodobnie najśmieszniej (i najczęściej) wywracającym się rolkarzem w mieście.
No i oczywiście miałam też rower – taki za 350 złotych z Carrefoura albo innego Makro. Wbrew obiecankom producenta działała mu najwyżej połowa przerzutek, a po kilku miesiącach jakie spędził w swojej prywatnej kwaterze zwanej balkonem – jeszcze mniej. Niemniej – jeździł, a to wystarczyło mi do szczęścia. Za czasów podstawówki raczej kręciłam się po osiedlu, ale jako uczennica gimnazjum zaczęłam się wypuszczać dalej w plener, zazwyczaj z kolegą z klasy, z którym mam naprawdę wyjątkowo dużo fajnych przygód na koncie. Bardzo często po powrocie ze szkoły umawialiśmy się na rower (do tej pory nie mogę się nadziwić, że nie jeździłam rowerem do szkoły – a miałam naprawdę blisko) i jechaliśmy piękną ścieżką rowerową nad morze w Gdańsku-Brzeźnie albo dalej, do molo w Sopocie. Dłuższa trasa miała jakieś 9 kilometrów w jedną stronę- czego zresztą nigdy nie sprawdzałam. Zaledwie kilka razy wypuściłam się w dłuższą trasę. Moja koleżanka Marta miała lepszy rower i zdecydowanie lepszą kondycję, więc jadąc z nią – a raczej za nią – pasem nadmorskim aż do Gdyni potwornie się uchetałam. Gdy rozstawałyśmy się w drodze powrotnej byłam już takim zombiakiem, że zaraz po wejściu do domu napisała do mnie na Gadu-Gadu z pytaniem, czy dotarłam i czy żyję. Żyłam, ale umarłam kiedy napisała mi, że właśnie się przebrała i leci z psem na dwugodzinny spacer. Wtedy myślałam że jest jakimś cyborgiem, ale kilka lat później okazało się, że ja jestem jeszcze większym.
Ciąg dalszy nastąpi. Ograniczenia czasowe i szacunek dla Czytelników każe mi wyjątkowo podzielić tę notkę na dwie części. Nie nastrajajcie odbiorników 🙂

Dodaj komentarz