No dobrze. Zamknęłam przedostatnią sesję egzaminacyjną z dwiema czwórkami, dwiema piątkami i.. jedną dwóją – z egzaminu z historii języka polskiego. Nigdy, przenigdy nie polubię się z żadną historią, to już pewne. Co prawda nie uczyłam się nadmiernie do tego egzaminu (i to jest bardzo delikatnie ujęte!), ale podejrzewam, że do trójki z minusem (czyli Everestu marzeń) zabrakło mi niewiele. Szkoda, bo miałam nadzieję, że w tym pięknym miesiącu zakończę na zawsze swoją przygodę z językoznawstwem diachronicznym. Niebawem będę musiała jednak skalać się nauką tegoż. Oby do trójki. Może być nawet taka na szynach i z linią trakcyjną – nie mam w związku z HJP absolutnie żadnych ambicji.
A więc, chociaż sesja jeszcze się dla mnie nie skończyła, a na domiar złego nadal nie ruszyłam swojej pracy magisterskiej (ciekawe ile razy jeszcze to tutaj napiszę w ramach samoupokarzania się?), to muszę w końcu coś tutaj potworzyć, coby mi blog nie zasechł. I znowu będzie to wpis z kategorii pamiętnika treningowego. Może w przyszłym tysiącleciu napiszę coś, co nie będzie związane ze sportem, ale i to nie jest pewne.
Ale dzieje się coraz więcej, więc trzeba pisać, i mam nadzieję że moi drodzy czytelnicy nie umierają z nudów, kiedy widzą na moim blogu wpisy ciągle o tym ‚gupim’ pływaniu i tym ‚gupim’ bieganiu i o innych ‚gupich’ rzeczach.
Bo przede wszystkim: przyszła wiosna. Nie spodziewałam się jej w połowie lutego, ale ona naprawdę tutaj jest. Okropnie się z tego cieszę, bo wreszcie pojawiają się możliwości żeby robić to co się chce, a nie to co się ewentualnie da zrobić, jeśli się odpowiednio do tego uzbroi. Zima jednak ssie.
Po drugie: puk-puk i tfu-tfu, ale nie pamiętam kiedy ostatnio byłam kontuzjowana, a to już naprawdę ogromny sukces. Nie liczę przydzwonienia głową w beton, bo to jakby trochę pozasportowy uraz był. Wygląda na to, że już dobry kawałek czasu nic sobie nie urwałam, nie nadwyrężyłam, nie naciągnęłam (chociaż bywałam blisko, o czym za chwilę). To naprawdę duży sukces, bo czekałam na taki okres chyba z półtora roku – w końcu mogę normalnie i w pełni trenować, a nie kombinować, jak to zrealizować „pomimo”. Od pewnego czasu nie tylko w pełni realizuję założony plan treningowy, lecz także niczego nie muszę z niego odejmować z powodu nadmiernego zmęczenia albo poczucia ogólnej beznadziejnej rozsypki, które to poczucie czasem mi się zdarzało pod koniec zeszłego roku.
Trochę się nawet boję to pisać, bo już kilka razy tak było, że jak tylko pomyślałam o braku kontuzji, to natychmiast mi się jakaś trafiała. Kilka dni temu dostąpiłam podobnej iluminacji: „o kurczę, jak dawno nie miałam żadnej kontuzji”, i już następnego dnia bolała mnie stopa. Wykminiłam, że cisnąc na spinningu mocny podjazd na dużym zmęczeniu, ciągnę stopę do góry w zbyt pionowej pozycji, co urywa mi kostkę. Brawo dżery, nie rób tak więcej.
W tym tygodniu zaliczyłam ponad dwadzieścia dwie godziny treningu, w tym osiem godzin spinningu (co jest moim rekordem), ponad pięć i pół godziny pływania, w tym dwa testy na 400m, trzy i pół godziny tyrki na siłowni, pierwszą szosę w roku 2014 i.. tylko nieco ponad dwie godziny biegania. Nie wiem jakim bożym cudem za trzy miesiące mam być gotowa do trzeciej części triathlonu, skoro jestem w takim głębokim zadzie z bieganiem – ale spoko, i tak jestem dużo dalej niż parę miesięcy temu, więc nie ma tego złego. Jakoś to będzie – chyba nic innego mi nie pozostało, jak złapać się tej myśli i robić swoje.
Żeby pokrótce opisać moje okołosportowe zmagania z rzeczywistością, muszę zacząć od połowy zeszłego tygodnia. W środę po raz pierwszy od dwóch lat i po raz trzeci w życiu przyodziałam na swe stopy kolce i robiłam w nich rytmy. Z jednej strony czad, bo okazało się, że moje nieudolne bieganie na bieżni mechanicznej na śródstopiu przyniosło oczekiwany rezultat – daję radę biegać rytmy nie z pięty (wiem że to nie do uwierzenia, ale naprawdę potrafiłam biegać w kolcach z pięty!). Z drugiej strony, jak łatwo się domyślić, jest to rzeź. Poranne bieganie dobiłam wieczornymi dwiema godzinami całkiem porządnego spinningu – pierwsza godzina pod znakiem podbiegania na wysokiej kadencji, druga z siłowymi podjazdami. W czwartek byłam zakwasem, a więc sam szatan lepiej by nie wymyślił tego, co zgotował nam trener na porannym basenie. Teoretycznie osiem „szybkich pięćdziesiątek” nie miało być „na maxa”, tylko „szybko”, ale jak usłyszałam, że „Asia z Łukaszem będą to pływać po około 40 sekund” to – ajm sorry – nie musiałam długo kalkulować, żeby stwierdzić, że to jednak pływanie w pałę. To nie było ani łatwe, ani przyjemne, ani tym bardziej nie było szybkie. Pływałam to z ogromnym bólem w czasach od 42 do 47 sekund, czyli dużo wolniej niż na poprzednich treningach tego typu. W połowie już chciałam umrzeć, ostatnie długości były makabryczne, a frustracja rosła i rosła, bo było coraz wolniej. Po zakończeniu tego bloku byłam przekonana, że nie zrobiłabym już ani jednej pięćdziesiątki więcej. Kwas mlekowy mnie strawił. Tętno miliard, zawał i zapaść. Absolutnie nie, choćby od tego zależało moje życie. Popłynęliśmy spokojną długość glaichem, dwa razy zmiennym, aż tu nagle.. „Dobrze, to teraz powtórzymy sobie ten blok”. Wszyscy się zaśmiali, a ja razem z nimi. „Lol, w życiu bym tego nie zrobiła”. Jednak Andrzej wcale nie żartował, co uświadomiono mi boleśnie mniej więcej dwie sekundy przed „i hop”. Och Boże, dopłynęłam do końca siłą woli. To był zdecydowanie najcięższy trening w wodzie jaki kiedykolwiek zrobiłam i jeśli miałabym wymienić trzy treningi z dowolnej dyscypliny, które najmocniej dowaliły mi fizycznie i zrobiły największą makabrę w moim mózgu, to ten na pewno by się tam znalazł.
Nie ma jednak tego złego, jak to się mówi – skoro wieczorem wybierałam się na drugi trening, to cały pozostały czas pomiędzy treningami poświęciłam na jak najlepsze zregenerowanie się. Sama siebie nie poznawałam w swej gorliwości ku temu, ale najwyraźniej udało mi się, bo pływanie na Inflanckiej było naprawdę w porządku.
Parę dni później, w poniedziałek, czułam się co prawda dobrze, ale nadal targała mną jakaś niewielka awaria techniczno-wolicjonalna w związku z pływaniem. Jakoś wyjątkowo się spięłam w tym temacie i to ciśnienie nie mogło ze mnie zejść. Chyba nie do końca załadował mi się jeszcze ten czwartkowy trening (a minęło od niego tyle dni – to znaczy że naprawdę była kaźń). Kiedy zobaczyłam „młodszą” grupę płynącą test na 400m, targnęły mną sprzeczne uczucia. Z jednej strony wiedziałam że poprawienie wyniku z listopada będzie formalnością, skoro wtedy popłynęłam 6:35, a miesiąc później na treningach, w długich zadaniach, pływałam powtórzeniowe czterysetki po 12-15 sekund szybciej. Z drugiej strony czułam że to nie jest dzień na pływanie testu.
Obrałam podobną taktykę jak w listopadzie – zacząć prawie na maxa, a potem przyspieszać. Na półmetku byłam już w piekle, a ostatnia setka upłynęła pod znakiem uduszenia. Wysiłkowo i psychicznie dałam z siebie naprawdę bardzo dużo, dlatego kiedy usłyszałam, że wykręciłam dokładnie taki sam wynik co na poprzednim teście, aż nie wiedziałam co o tym myśleć. Okej, raz, że to nie był czas na życiówki, biorąc pod uwagę intensyfikację treningów w ostatnim czasie. Dwa, że – co zauważyłam już jakiś czas temu – im szybciej próbuję płynąć, tym mocniej zaczynam się miotać. Kompletnie tracę efektywność, skracam krok i zaczynam przypominać topielca, a nie przyspieszającego pływaka. Pływanie jest bardzo podstępne w tej kwestii – na samej wydolności, bez techniki, daleko się nie poleci. Co za tym idzie, moja technika na przepłynięcie 400m byłaby dobra dla pływaka, który potrafi trzymać technikę na dużym zmęczeniu, a nie dla takiego żółtodzioba jak ja. Mimo wszystko brak poprawy wydał mi się wprost absurdalny. W związku z dużymi obciążeniami ostatnich treningów nie liczyłam może na złamanie sześciu minut, ale skoro dwa tygodnie temu byłam w stanie popłynąć półtorakilometrową drabinkę, robiąc dwie czterysetki po ~6:23, no to na miłość boską..!
Tak się jednak złożyło, że następnego dnia na Inflanckiej druga z moich grup płynęła ten sam test, więc miałam okazję popłynąć go jeszcze raz. Pewnie gdyby Wojtek nie wykopał mnie na ten trening, to w ogóle bym na niego nie poszła, bo wolałabym zaszyć się w pieczarze smutku oraz głębokich rozkmin i analiz, ale skoro „masz się przyzwyczajać do takich wysiłków dzień po dniu, bo co jak będziesz startować dwa razy w ten sam weekend?”, to polazłam (dobrze ujęte). Jednakże, będąc głęboko obrażona na świat, stwierdziłam że do drugiego testu podejdę eksperymentalnie (gdyż gorzej być nie może) i nie zafunduję sobie takiego umierania jak w dniu poprzednim. Popłynęłam pierwsze trzy setki na 85%, na zasadzie „hard but controlled”, finiszując bardzo mocno dopiero na ostatniej długości. 6:10, jest więc treningowa życiówka. I to w dzień pierwszej rocznicy podjęcia treningów pływackich. Bez ogromnego szału, ale przez jakiś czas można spać spokojnie 🙂
Następnego ranka znowu trochę pobiegałam w kolcuszkach. Intensywny trening biegowy przypomniał mojej duszy i ciału, jaka jest różnica pomiędzy mocnym bieganiem a mocnym pływaniem. Po treningu na basenie przychodzę do domu i jeśli mam coś do zrobienia, to muszę to zrobić szybko, zanim padnę na twarz, zakopię się pod kołdrą i będę słodko drzemać w objęciach morfeusza. Po bieganiu zaś cały dzień myślę o zdobywaniu świata oraz chodzę po domu i śpiewam.
Wieczorny spinning w środę nie należał do treningów na których można się poobijać (powiedzmy sobie szczerze – kiedy ja się ostatnio obijałam na spinningu i czy w ogóle coś takiego się kiedykolwiek zdarzyło?). Instruktor wymyślił bardzo ciekawy plan treningu, który zakładał powoli narastającą intensywność, aż do bardzo mocnego podjazdu. Ów podjazd miał obejmować, jeśli dobrze pamiętam, trzy minuty. Jak zwykle w takich sytuacjach decyduję się na konkretne umieranie – wywindowałam tętno do 180 od razu kiedy usłyszałam „jeszcze 30 sekund”. Wpatrywałam się w Garmina jak w tabernakulum, odliczając leniwie upływające sekundy. Po dwudziestu dyszałam już jak Lord Vader, a wtedy rozległo się: „I jeszcze trzydzieści, ha haaaa!”. Oooo fak, bardzo śmieszne. Utrzymałam ten wysiłek, podbijając tętno o jeszcze kilka uderzeń w górę, a potem miałam już siłę tylko zjeżdżać w dół.
To ciekawe, bo robię podobne rzeczy niepokojąco często, a mimo to spinning nie uderza jakoś strasznie w mój umysł. Pikanterii zajęciom rowerowym dodaje fakt, że zdecydowana większość grup, z jakimi spinninguję, nie kala się za mocno wysiłkiem, więc instruktorzy często motywują grupę do dokręcania oporu (niemniej – niektórzy kalają się tak, że mam wobec nich kompleksy!). Nierzadko wychodzi więc na to że podczas gdy inni dokręcają opór o pół obrotu pokrętła, ja dokręcam trzy razy tyle i potem słodko sobie umieram, czekając na komendę „i siadamy, luzik”. Na domiar złego – lub dobrego – stopery instruktorów czasami w niewyjaśniony sposób zaginają czasoprzestrzeń i z minuty czterdzieści ultramocnego interwału robi się dwa trzydzieści tegoż. Walka jest godna, bo przecież spłynę z tego roweru, ale pokrętła nie ruszę w lewo za nic w świecie.
Całkiem szczęśliwie się złożyło, że następny dzień obejmował pierwszy dzień regeneracyjnego pływania. Dużo technicznych ćwiczeń, średnio intensywny ciąg 800m i do domu. Dla mojej nadszarpniętej ostatnimi pięćdziesiątkami psychiki była to wielka ulga i radość, choć nie ukrywam, że było mi wyjątkowo nieswojo, kiedy do szatni kierowałam się zupełnie niechwiejnym krokiem, a po powrocie do domu nie czułam w ogóle zmęczenia. Nie dogodzisz, no.. Na Inflanckiej było dokładnie to samo, i wreszcie – wreszcie!!! – pierwszy raz w tym roku pojechałam na basen rowerem. Żegnajcie autobusy i tramwaje, Myka atakuje, hurra!
W sobotę zaś odpaliłam niebiesko-różowego rumaka. Nie wiem jak to się stało, że zostałam namówiona na wyjazd na szosówce: w środku zimy, ze znowu niewygodnym siodłem i z moimi zamarzającymi stopami. Co więcej, ostatni raz w plenerze jeździłam na Giantino.. w sierpniu, byłam więc przekonana, że wyjechanie tym rowerem w miasto nie będzie takim znowu naturalnym przeżyciem, zwłaszcza biorąc pod uwagę moje ciągłe perypetie z szosowymi spd. Jednak, suma summarum, proces namawiania przebiegł pomyślnie i pojechaliśmy do Góry Kalwarii. Kwestia spd’ków okazała się, Bogu dzięki, zupełnie bezproblematyczna – widocznie wreszcie przełamałam wszelkie kłopoty z nimi związane, zapewne dzięki testowanym ostatnio intensywnie górskim pedałom, które obsługuje się o niebo albo o dwa nieba łatwiej niż szosowe. W ogóle przejażdżka była bardzo przyjemna, a w każdym razie większa jej część, bo końcówka była raczej beznadziejna. Chociaż nie czułam jakiegoś nagłego spadku mocy, glikogenowego zjazdu ani nic w tym rodzaju, moi towarzysze nagle zaczęli znikać mi za horyzontem. Myślę sobie: no cóż, dużo pracy przede mną, nigdy nie byłam rakietą na rowerze (i nie jestem, oj nieeee…). Ale to tylko jeden z powodów erroru, bo dwa kolejne odkryłam już po zakończeniu wycieczki. I płynie z nich jeden morał: serwisujcie swoje rowery, zanim wyjedziecie na nich w plener po długiej przerwie! Oooo tak. Wniosek ten płynie z dwóch następujących odkryć. Pierwsze: mniej więcej po piętnastu kilometrach, czyli po 1/4 jazdy coś zaczęło mi stukać przy przednim kole. Było mokro i brudno, więc sądziłam że coś mi uderza o szprychę. Kiedy zatrzymaliśmy się po drodze do G.Kalwarii sprawdziłam przednie koło, w którym było wszystko w porząsiu. Nie przyszło mi do głowy, żeby sprawdzić też tylne – i dzięki temu załatwiłam sobie super siłowy trening przez co najmniej 40 kilometrów. Pierwszy raz w życiu zablokował mi się na obręczy hamulec, co przyjęłam wręcz z niedowierzaniem – niestety dopiero wtedy, kiedy prowadziłam rower i zobaczyłam, że tylne koło prawie się nie kręci. Jakby tego było mało, chwilę później Wojtek zauważył, że poluzowała mi się śruba od mocowania siodełka i siodło z pozycji maksymalnie wysuniętej do przodu.. zjechało na maksa do tyłu. Biorąc pod uwagę te dwa przemiłe fakty zaczynam się cieszyć, że po drodze nie odpadła mi kierownica i ani razu nie przebiłam dętki. Jezu, chyba pora zmienić osprzęt..
Dzisiaj było też sporo, ale stabilnie. W niedziele uskuteczniam combro breaker na siłowni w Zdroficie. Bezpośrednio przed wyjściem wychodzę z psami na poranny spacer, bezpośrednio po powrocie na popołudniowy. W międzyczasie robię trening na siłowni, rozciągam się i lecę na dwugodzinny spinning. Wychodzi na to, że próg fitness klubu przekraczam o 9:00, a wychodzę z niego o 13. Takie tam cztery godziny na siłce.. A na tej, poza konkretnym treningiem siłowym raz w tygodniu, robię głównie stabilizację, trochę śmiesznych ćwiczeń ogólnych, przysiady, no i wymarzone stanie na rękach (i głowie). Jest to dla mnie nie lada wyzwanie, ale ściana powoli się zbliża, co mnie niezmiernie cieszy. Wojtek co prawda niekiedy marudzi – trochę się boi, że uszkodzę się przy ćwiczeniach które teoretycznie nie są potrzebne do mojego sportu docelowego, a ponadto, że jak już stanę na tych rękach bez ściany, to tak mi się to spodoba, że postanowię być mistrzem calisteniki (doooobre!), ale mam nadzieję że w końcu zrozumie, co mną kieruje w tych ogólnorozwojowych działaniach. To dążenie do self-dominance, czego nie potrafię w satysfakcjonujący sposób przetłumaczyć na polski, ale on potrafi pokazać to, o co w tym chodzi.
Self-dominance to nie tylko warstwa fizyczna, niestety. Ostatnio łapię sporo potężnych rozkmin na najróżniejsze tematy okołosportowe. Wiem że do psychiki mistrza brakuje mi mniej więcej tyle, co do tytułu angielskiej królowej. Gdyby Kamil Stoch albo Justyna Kowalczyk oddali mi jedną dziesiątą swoich mentalnych umiejętności, to ich by to w ogóle nie ruszyło, za to mnie niesamowicie zbudowało. Mam nadzieję, że to przychodzi wraz z doświadczeniem, a tego przecież wyjątkowo mi brakuje.
Jedną ze skomplikowanych rozkmin trochę pomógł mi rozwiązać ten artykuł.  Zastanawiałam się – i nadal się zastanawiam – ile z występu na zawodach jest zbieraniem plonów, prezentowaniem tego co sobie wytrenowaliśmy, a ile ostateczną zgodą i przyzwoleniem na coraz większy ból i umiejętnością podjęcia decyzji o wejściu do krainy cierpień w odpowiednim momencie.  Zastanawiam się i nadal nie znam odpowiedzi na to pytanie, jednak myśl o tym, że układ nerwowy też jest trenowalny, trochę mi to rozjaśnia. Do tej pory startowałam tylko w biegach – każde zawody były trochę inne, każde w jakiś sposób trudne, i niestety albo stety w ich przebiegu dominowało we mnie poczucie, że musi być bardzo ciężko, choć – i tutaj jest największy paradoks – do swoich granic nie zbliżałam się wcale tak często.. Po prostu o wiele zbyt często wpadałam w panikę i fundowałam sobie mentalne trudności, zamiast robić swoje ze spokojem ducha. Doskonale udowodniłam to sobie w zeszłym tygodniu w teście pływackim, konfrontując wynik poniedziałkowej umieralni z wtorkowym spokojem. Nie skusiłam się na powtórzenie cierpień, wbrew temu co podpowiadało mi serce – i o dziwo dobrze na tym wyszłam. No i teraz jestem w prawdziwej kropce. Żeby przyznać pierwszeństwo rozumowi? No nieeee..
Fragment autobiografii Thorpe’a, mojego sportowego idola. W wielu fragmentach przybijam mu mentalną piąteczkę.

Dodaj komentarz