Poziom hardkoru zimna daje się łatwo określić poprzez stwierdzenie, ile czasu upływa od wyjścia na zewnątrz („Łe, nie jest tak źle”) do uczucia zamarzania („Mróz mnie pożera”). Jeśli dopiero po kilku minutach czuję, że zimno złapało na mnie azymut i zaczyna oplatać mnie swoimi mackami, to nie jest jeszcze tak najgorzej. Niestety w ostatnich dniach ten interwał nie trwa więcej niż trzydzieści sekund. Masakrycznie zimno. Nawet ja, która przez cały rok wyskakuję z psami na wieczorne siku w dresowych spodniach do połowy łydki, bez skarpetek i z kurtką ledwie zarzuconą na barki, zaczęłam się ubierać przed zmierzeniem się z wyzwaniem wyjścia na dwór.
Pieski nie są zachwycone faktem, iż ostatnio nie rzucam im żadnych piłek, nie spaceruję godzinami po Rezerwacie, nawet nie bawię się ze Smosiem we frisbee czy omijanie drzew. Wczoraj wszystkie trzy nasze wyjścia na dwór były pięciominutowymi wyskokami pod blok. Dzisiaj trochę im zadośćuczyniłam, ale przespacerowanie się na trawę w Rezerwacie jest nie lada wyzwaniem. Odwadniam się przez nos, płaczę krokodylimi łzami i takie tam atrakcje. Nie ma mowy o zdjęciu choćby jednej rękawiczki.
Zima zimą, okropnie jest i straszliwie, ale znowu tyram, a tyranie cieszy. Długo nie wytrzymałam bez trenowania, jeśli mam być szczera. Czerep obiłam sobie w poniedziałek, czyli w dniu w którym jeszcze byłam poskładana grypopodobnym przeziębieniem, ale we wtorek już próbowałam swoich sił w zaciszu domowej siłowni. Sił wielkich nie było, ale co miałam zrobić – zrobiłam. W środę równie delikatnie zasiadłam na trenażer (z autobiografią Thorpe’a, och, co za cudowne dzieło) i już przypuszczałam, że zmierza ku dobremu. Następnego dnia już się specjalnie ze sobą nie patyczkowałam- godzina na trenażerze, siłka (chociaż stanie na rękach zawiesiłam na parę dni), 2.5 km w basenie. A w międzyczasie sesja zdjęciowa tomografem komputerowym.
Wczoraj odebrałam opis i mogę już z czystym sumieniem odwiesić naukę stawania na rękach. Według lekarzy wszystko jest w porządku i nie pomieszałam sobie klepek. Z drugiej strony – nie wiem jak Wy, ale ja tutaj mózgu nie widzę, więc nie wiem do końca co o tym myśleć.. 😉
Nieważne. Mózg nie jest mi potrzebny do trenowania, nawet lepiej jeśli czasem się przestanie odzywać nieproszony. Najważniejsze, że wczoraj już mogłam na luzie nie tylko popływać, lecz także iść na całkiem porządny spinning z małą zakładeczką w postaci 30-minutowego biegania na bieżni.
Taka ciekawostka – wczoraj pojechałam na siłkę (oddaloną ode mnie około 1,5 km) rowerem, po drodze oczywiście zamarzając osiem razy. Stopy tak mi zamarzły, że nie udało im się odtajać przez całą godzinę spinningu, za to po pięciu minutach biegu były już we wrzątku. Bez sensu.
Na oddzielny akapit zasługuje pływańsko. Tak się złożyło, że od zeszłego czwartku nie pływałam równo przez tydzień. Poniedziałkowy trening opuściłam z powodu choroby, kolejne trzy przez bliskie spotkanie potylicy z betonem. W środę podczas sprzątania mieszkania uświadomiłam sobie, jakim jestem nałogowcem, bo po umyciu powierzchni Cifem co chwilę łapałam się na ekstatycznym wwąchiwaniu się w swoje dłonie, przesiąknięte chlorowym środkiem. Przedwczoraj wreszcie weszłam do wody, przepłynęłam sto metrów, po czym.. zatrzymałam się przy ścianie i zaczęłam się śmiać. Jezu. Wiele słyszałam opowieści o pływakach, którzy po dosłownie dwóch lub trzech dniach przerwy wchodzili do wody i czuli się nieswojo, bo woda nie dawała się chwycić i takie tam, ale nigdy czegoś podobnego nie odczułam, zapewne dlatego, że przepłynęłam w życiu jakieś pięćset razy mniej niż oni i to co ja nazywam „czuciem wody”, dla nich jest jej głaskaniem. Niemniej przedwczorajsze uczucie wyjątkowo mnie zaskoczyło, bo czułam się tak, jakbym przed wejściem do domu wysmarowała się wazeliną albo była ubrana w gumowy pokrowiec. Co za szał- woda nigdy nie była taka chamsko śliska. Na domiar złego obity czerep nadal bolał mnie podczas nawrotów i przy pływaniu grzbietem i ogólnie byłam jakimś bólofobem, bo zazwyczaj nie zwracam uwagi na przydzwanianie dłonią w linę torową albo kopniaki przyjmowane od sąsiadów na torze, a tym razem wszystko to brałam jakoś mocno do siebie.
W piątek już było zdecydowanie lepiej, a dzisiaj już chyba zupełnie dobrze. Zrobiłam Słowo na niedzielę i może nie było to moje najwspanialsze i najmocniejsze Słowo, ale było naprawdę OK oraz wiem, że występ Psiarze tańczą na lodzie nie popsuł mojego tempomatu. Wszystkie szybsze setki pływałam po 1:34, wszystkie szybsze pięćdziesiątki po 45 sekund (wahania były minimalne i równie dobrze można je zrzucić na moment zatrzymywania Garmina). Ładowanie endorfin zakończone sukcesem.
Wracam do żywych, będzie dobrze. Odpoczywanie to nie dla mnie.
Na koniec jeszcze słowo na temat sesji – przedostatniej na studiach magisterskich. Po wyjściu z sali po egzaminie z wykładu z historii języka polskiego obiecałam sobie, że jeśli to jakimś cudem zaliczę, to nigdy więcej nie będę się uczyć. Tydzień później, po kolejnym zaliczeniu stwierdziłam, że nawet jeśli nie zaliczę tamtego, a zaliczę TO, to NIGDY więcej nie będę się uczyć, a już na pewno nie do zaliczenia wykładu. Zaliczyłam obydwa- zonk nad zonkami. Jak żyć?!
Zostało mi jeszcze parę zaliczeń no i eee, tego tamtego, magisterka. Przez ostatni miesiąc jak tylko próbuję się za nią zabrać, to nagle okazuje się, że mam miliard ważnych rzeczy do zrobienia ASAP. No i leży bidula samotna i czeka, aż się ktoś nad nią zlituje. Obym zdążyła przed czerwcem, ewentualnie przed wrześniem..

Dodaj komentarz