Najpopularniejsze

Configure
- Back To Orginal +

piątek, 27 grudnia 2013

Cztery dni do ultramaratonu

Przygotowania pod ultramaraton wyszły fantastycznie. Dużo odpoczynku, odwyk od roweru, ładowanie węglowodanów. Glikogen wypełnił mi już każdą komórkę w mięśniu, krew wysyciła się cukrem. Energy boost.
Problem jest tylko jeden: przecież ja nie startuję w żadnym maratonie.
Taa, przyznaję się. Potrzeba hard wytopu staje się paląca, a ja na prawie trzy dni zaprzedałam duszę doczesnej przyjemności kosztowania sernika i makowców. Na szczęście po tym ucztowaniu mam większą ochotę na surową marchewkę niż na kolejne pyszności, rujnujące plany na przyszłość.

Święta ponownie spędziłam na Śląsku u Najżyczliwszej Rodziny Świata, która - ku mej uciesze - jest prawie  całkiem moją rodziną (nie, Wojciechu, nie musisz czuć presji z tym związanej :P). Katowice, choć nadal mi obce, poznaję coraz dogłębniej i powoli zaprzyjaźniam się z tym miastem. Jak zwykle więcej jednak rozbijałam się po siłkach niż zwiedzałam.

Minusem każdych Świąt, zwłaszcza tych spędzonych poza miastem z dostępem do całodobowej siłowni, jest konieczność wyodpoczywania się za wszystkie czasy. W dniu, w którym zrobię tylko jeden trening czuję się co najmniej dziwnie, a jeśli trafi się dzień kompletnie bez trenowania i bez zajmowania się sprawami "have to do" (uczelnia, artykuły, WMT i inne) to absolutnie nie mogę się odnaleźć. Nie robię wówczas nic konstruktywnego, ale też nie odpoczywam. Nie jestem stworzona do wakacjowania. Szczęśliwie udało się jednak w każdy okołoświąteczny dzień wepchnąć chociaż jeden trenindżek.

A więc po kolei:

22 grudnia 
Bezpośrednio przed pakowaniem się do Katowic skoczyliśmy na Warszawiankę zaraz po otwarciu basenu- ja, Wojtek i Marek z mojej grupy Warszawiankowej, który wcielił się w rolę sparingpartnera na "Słowo na niedzielę". Trzasnęliśmy radosne 2.700m, w tym trzy bloki po trzy sto pięćdziesiątki z narastającą intensywnością, trzeci blok w (krótkich) płetwach. Ostatnio pływałam w nich na początku roku, jeszcze w grupie u Moniki na Polonii- wtedy odczuwałam używanie ich jako spory handicap, ale teraz są jak odrzutowe wrotki, dynamit, uberprzyspieszenie. Wystarczy lekko poruszać nogami i już zderzasz się głową z przeciwległą ścianą. Ostatnią, najmocniejszą 150-tkę w płetwach popłynęłam w 2'03 (1:22min/100m). Po "Słowie", z radości że wykonałam właśnie ostatni rozpiskowy trening w tym roku kalendarzowym oraz z ciekawości, jak będzie mi się płynąć po zdjęciu płetw, dopłynęłam sobie jeszcze tysiaka w spokojnym, relaksacyjnym tempie. Na tym niestety skończyło się trenowanie tego dnia, za to wieczorem w Silesia City Center kupiłam sobie wreszcie długo wyczekiwane i poszukiwane Speedcrossy. Przez kilka miesięcy nie mogłam ich nigdzie dostać, bo nie było mojego rozmiaru, a jak w końcu znajdowałam, to kosztowały ~450 złotych. Teraz mam buty do agility, a nie jestem członkiem żadnego klubu - no świetnie..

23 grudnia
..nie miałam ochoty na opierniczanie się.
Po drodze na siłownię zahaczyliśmy o Sklep Biegacza, w celu - niestety - pozbawienia mnie ostatnich pieniędzy - i to znowu na buty. Tak się złożyło, że jedyne z moich butów biegowych, które rzeczywiście nadają się do trenowania, a nie do wyrzucenia, to triathlonowe Pearl Izumi, w których lepiej nie klepać długich wybiegań po asfalcie. Potrzeba zakupów była paląca, a w Warszawie ciągle nie miałam czasu na wycieczkę po sklepach. Wybór w Sklepie okazał się całkiem zacny i po długich rozmyślaniach zaopatrzyłam się w Nike Pegasus +30, które są mięciusimi, wygodniutkimi kapciuszkami. Przekonałam się o tym, biegając na siłkowej bieżni (15 minut truchtania w ramach sprawdzania formy kontuzjowanej niedawno stopy).
Na marginesie - nic już nie rozumiem. Na asfalcie walę z pięty, na bieżni - niezależnie w jakich butach - ląduję naturalnie i swobodnie na śródstopiu. Poddaję się chyba..
Po bieżniowej rozgrzewce siłka- jak zwykle było zacnie. Spędziłam godzinę na sali do zajęć grupowych, która absolutnie wystarcza mi do wszelkich ćwiczeń oprócz wiszenia na drążku (poza 1x w tygodniu, kiedy ruszam w stronę maszyn). Jaram się tym, że widzę progres w ćwiczeniach, które z zasady mnie przerastają (np. przysiady - dwa albo trzy tygodnie temu byłam przekonana, że nie umiem zrobić ani jednego przysiadu bez odrywania pięty od podłoża, teraz robię takich 30).
Wieczorem odwiedziłam basen katowickiego Pałacu Młodzieży. Wiedziałam że mam sporo czasu na pływanie, więc zrobiłam pływackie fristajlo: co przyszło mi do głowy, to sobie płynęłam. Na uwieńczenie zabawy popłynęłam sobie 4x500m, wszystko w luzackim tempie - pierwsze i trzecie w płetwach (po ok 1:40'/100m), drugie i czwarte bez nich (~1:53/100). W sumie 4 kilometry w półtorej godziny, w tym kilometr w płetwach, 800m na nogach, 500m zmiennym, 300m ćwiczeń na czucie wody. Basen opuszczałam z poczuciem niedosytu. Mają tam chyba wyjątkowo dobrą wodę- nie wiem czy to kwestia stężenia chloru czy czegoś innego, ale już od pierwszych długości czułam, że płynie mi się nieprzyzwoicie dobrze, a woda jest milutka, mięciutka i dająca się łatwo chwytać. Trenowanie na takim basenie byłoby przyjemnością.

24 grudnia
Nie utyrałam się nadmiernie- niestety! Przed południem odwiedziliśmy 50-metrowy basen w Jaworznie. Mówiąc krótko: nie powalił mnie na kolana. Na domiar złego prawie straciłam swoje płetwy, bo nieogarnięci instuktorzy szkoły pływania, wynosząc się z basenu po zajęciach, zgarnęli cały sprzęt z brzegu basenu, w tym także moje biedne płetewki. Udało mi się je odzyskać dzięki pomysłowości pana ratownika. Mieliśmy ze sobą kamerkę GoPro, więc największą korzyścią wyjazdu stał się materiał video do spojrzenia na swoją technikę. Patrzę i nie mogę się nadziwić, bo mam wrażenie, że w stosunku do czerwca (pierwsze nagrywanie) niewiele się poprawiło, a jednak pływam coraz szybciej i szybciej. Filmy spod wody to nieoceniona pomoc treningowa. Zobaczyłam swój opadający łokieć (fuck!), ręce odstawione od ciała na pół metra, a przede wszystkim delfina głębinowego, przy którym naprawdę serdecznie się uśmiałam. Jest nad czym pracować.



25 grudnia
Trzeci dzień pod rząd pogoda starała się wyprowadzić mnie z równowagi. Kto to widział, żeby zimą było 10 stopni na plusie i żeby przez cały dzień świeciło słońce? Wiosna zaatakowała w takim stopniu, którego nikt się nie spodziewał. Pogoda była idealna na rower, tylko że.. nie miałam ze sobą roweru. Mogłam sobie jedynie wizualizować kręcenie po Habdzinie albo eksplorowanie łąk i lasów na Gigant'cie. Mogło mnie uratować tylko jedno: bieganie. W Katowicach- i w ogóle na wyjeździe- zawsze biega mi się lepiej niż w Warszawie, więc martwiłam się jedynie tym, że nie mogę za wiele biegać, żeby nie przypomnieć stopie o niedawnej kontuzji. Wojtek pozwolił mi tylko na spokojną piątkę, więc zerwałam się czym prędzej, gdy tylko układ trawienny stwierdził, że da sobie z tym radę. Wybiegłam na inauguracyjny bieżek, dobiegłam do planowego półmetka i.. mój umysł wysłał mi krótką wiadomość: "Nie zawrócę". Cóż mogłam zrobić- wydłużyłam odrobinę dystans ("Tylko dobiegnę do końca parku i wrócę w stronę domu"). Jednak, kiedy tam dotarłam, pojawiła się przede mną nowa ścieżka, i jeszcze jedna, a wszystkie równie głośno wołały, abym je odwiedziła. Nie mogłam im odmówić. Leciałam z taką radością jak za starych, dobrych czasów. Słońce świeciło jakby był maj, w słuchawkach grała muzyka niesłyszana od kilku dni, nowe buty niosły jak dzikie. Po sześciu kilometrach już wiedziałam, że szybko się nie zatrzymam, i tak oto przetruchtałam sobie pierwszą "dychę" od sierpnia, pierwszy bieg po kontuzji dłuższy niż 15 minut truchtania na próbę stopy. A czułam, że mogłabym tak biec nawet pół dnia. Może to ten glikogen, a może magia. Jeśli to drugie, to nawet znam mechanizm jej działania: tak po prostu, zwyczajnie ucieszyłam się jak głupia z faktu, że w ogóle mogę biegać, że nie przejmowałam się tempem, tętnem ani dystansem. Nie stresowałam się także tym, że nie biegam tak jak kiedyś. Uświadomiłam sobie, że nie ma obecnie nawet najmniejszego powodu, żeby mogło mi się dobrze biegać, i od tej pory.. biega mi się dobrze. Nawet bardzo! W gruncie rzeczy nawet tempo nie było tak ślamazarne, jakby mogło być przy moim obecnym położeniu- nawet w najlepszych czasach zdarzało mi się robić rozbiegania po ~5:40'/km.



26 grudnia
Rano, podobnie jak w przeddzień, wybiegiwaliśmy psy na lotnisku przy Dolinie Trzech Stawów (cudne miejsce). Smoś zaliczył zdziwienie swojego życia, bo pierwszy raz w historii dostał wciry od innego psa, co więcej - od "swojego własnego brata" Esa. Smok robi Esowi dokładnie to samo, co Es robił kiedyś Arisie- podczas spaceru lata za nim i go zaczepia, podgryza, obiega. Es najwyraźniej uznał że miarka się przebrała i ostro go ostrzegł, żeby się opamiętał. Smoś jednak nie miał w planie opamiętania się i za dwie albo trzy minuty ostrzeżenie zamieniło się w regularne i całkiem na serio wyszarpanie i gryzienie po szyi. Smok zniósł ciosy jak prawdziwy mężczyzna, zjeżył się cały, ale stał twardo i mocno w jednym miejscu, przeczekując atak. Za chwilę znowu biegał za Esem, ale tym razem do akcji wkroczyłam ja, niepozwalacz- w Święta chyba trudniej znaleźć weta, który założy psu szwy..
Po miłym spacerku z naszymi słodkimi pieskami wybraliśmy się znowu do Centrum Fitness Monopol. Był to krok treningowego desperata, bo do ostatniej chwili nie wiedziałam co tam będę robić. Aktualnie odwiedzam siłownię dwa razy w tygodniu i robię takie treningi, że trzeciego już nie ma sensu ani siły wpychać. Głód treningowy był jednak silniejszy niż plany i rozpiski, więc postanowiłam zrobić siłkowy freestyle. Tak mi to wyszło, że znowu godzinę siedziałam na sali i umordowywałam się ćwiczeniami, które kolejno przychodziły mi do głowy. Podpory na ręce i nodze po jednej stronie, planki z unoszeniem prostych nóg w górę, abs na sto różnych sposobów, wymachiwanie kettlebelem.. Naiwnie złapałam kettle'a 8 kg, "żeby szybciej umęczyć się mniejszą ilością powtórzeń"- zapomniałam jednak o fakcie, że prędzej wyzionę ducha na tej siłce niż zrobię mniej powtórzeń niż sobie to zaplanowałam. Dzięki temu mam dzisiaj zakwasy w miejscach, w których chyba jeszcze nigdy nie miałam, na przykład na całej długości pleców wzdłuż kręgosłupa.

Podsumowując wyjazd: treningowo było dziesięć razy spokojniej niż bym sobie tego życzyła, ale to co udało mi się zrobić, było bardzo, bardzo OK.

Dzisiaj jestem już w Warszawie- z dostępem do całego wachlarza siłek i basenów oraz bez dostępu do rzucających się na mnie serników (Bogu dzięki). Mam także z powrotem rower, więc.. popsuła się pogoda. No jasne, mogłam to przecież przewidzieć. Nawet trochę się z tego cieszę, bo czuję że szosowa przejażdżka na pożyczonym siodle (ratunek na trenażer) mogłaby zapaść w pamięci mojej i moich pleców na długo. Na szczęście i tak mam co robić, a wszystko to jeszcze przez jakiś czas jest jednym wielkim freestyle'em, w założeniu opartym o niskie intensywności. Piszę "w założeniu", bo przestawianie się klepek w mojej głowie trwa w najlepsze i jakoś przestałam się obawiać spuszczaniu sobie wcir. Może mi się nie chcieć iść na trening, może być wszystko na "nie", źle i niedobrze, ale jak już ów rozpocznę, to cisnę bez litości. Strasznie to śmieszne, bo czasem wybieram się na trening bez życia, ze stuprocentowym przekonaniem, że wybitnie mi się nie chce i nic dobrego z tego nie będzie, a tylko zacznę się rozgrzewać i wszystko się zmienia o sto osiemdziesiąt stopni. Robot. Do tego naprawdę zaczyna mi się chcieć startować w zawodach. Ta perspektywa nawet mnie bawi i zachęca. Pewnie do sezonu zdąży mi przejść to wesołe nastawienie, ale oby nie. Byle zdrowie było, a wszystko będzie dobrze.. Tego sobie życzę na przyszły rok i jeszcze paru innych rzeczy.

1 komentarz: