Osiągnęłam życiowy sukces: w ogóle nie jest mi przykro, że przyszła jesień, i że jest ciemno i zimno. Jeszcze dwa lata temu nie uwierzyłabym w to, że kiedykolwiek coś takiego powiem. A jednak!
W sumie gdybym na tym jednym zdaniu zakończyła wpis, byłaby to wystarczająco wartościowa notka, no ale nie byłabym sobą..



Z pewną obawą ruszyłam dziś na basen, aby wykonać pierwsze „Słowo na niedzielę” (weekendowy trening do samodzielnej realizacji dla Mastersów od trenera Endrju). Do tej pory byłam przekonana, że jeśli nie będę płynąć z grupą i z trenerem stojącym na brzegu, to nie dam rady zapodać sobie mocnego uderzenia. Dzisiaj zmieniłam zdanie! Nie tylko wykonałam trening w równie satysfakcjonujący sposób, co na grupowych treningach, lecz także wykazywałam się prawdziwą ekwilibrystyką w omijaniu ludzi na torze. Kilka razy mi nie wyszło i po kimś przepłynęłam, ale jestem szczęśliwa, że nikomu nie przyłożyłam delfinem w twarz.
Trening się udał, to nie ulega wątpliwości. Łatwo również wywnioskować, że popłynęłam go dość mocno, ponieważ:
1) zostawiłam na brzegu basenu kartkę z rozpiską (ciekawe czy ktoś skorzystał z autorskiego planu Andrzeja)
oraz
2) pod sam koniec treningu wydawało mi się, że widzę Basię (kolorowy czepek i niebieski kostium to nie jest znowu taki popularny zestaw), potem trener Monikę stojącą na słupku kilka torów obok, i jeszcze Artura z Warszawiankowej grupy. Jedynie Artur był faktycznie Arturem, chociaż i tego nie mogę być na sto procent pewna.
Bardzo dobrze było, a to znaczy, że zdarzyło mi się właśnie przekroczyć kolejny etap wtajemniczenia.
Siłą rozpędu po basenie trafiłam prosto na siłownię. Warszawianka jest pod tym względem wybitnie dobrym obiektem. Na parterze mam basen olimpijski, na pierwszym piętrze ukochane biuro WMT&HUUB i FitnessPark ze spinningiem, a w podziemiach nowo przebudowaną siłownię. Żyć nie umierać- można spędzić cały dzień, robiąc to, co fanatycy treningu lubią najbardziej – TYRAĆ.
A więc znalazłam się w podziemiach. Szybko doszłam do wniosku, że łatwo nie będzie, ale zrobiłam wszystko co miałam do zrobienia – przysiady na trzy sposoby, łydki, zabójczą serię na abs, pompki, dipy (‚odwrotne pompki’ na tricepsy) i podciągnięcia. Najmniej skomplikowane i jednocześnie najbardziej umordowujące ćwiczenia. Kiedy robiłam przysiady z piłką i poziom odczuwalnego wysiłku dobijał do „bardzo ciężko”, kilka metrów dalej niepozornie (niepakernie) wyglądający chłopak robił przysiady ze sztangą, na której gryfie miał 70 kg obciążenia. Sami rozumiecie, że wobec zaistniałej sytuacji nie na miejscu byłby nawet najmniejszy grymas na mej twarzy wskazujący na cierpienie. Cisnęłam ostro.
Zrobiłam wszystko, a potem nastąpiło najgorsze, czyli konieczność wejścia dwa piętra w górę do szatni, następnie jeszcze zejście jedno piętro w dół. Wyszłam z budynku i padło na mnie przerażenie, bo w stojaku nie było mojego roweru. Dobrych kilka sekund zajęło mi dojście do wniosku, że wyszłam z Warszawianki wyjściem z drugiej strony…
DOBRZE BYŁO!
Wróćmy jednak do sedna, czyli po co właściwie znalazłam się na siłce. Naoglądałam się ostatnio masy filmików na YouTube’ie z ogólnorozwojówką różnych zawodników (głównie pływaków i biegaczy) i doszłam do wniosku, że jestem w tym aspekcie potwornie niedorozwinięta. Swego czasu próbowałam nad tym popracować, ale zabrałam się do rzeczy zupełnie nie od tej strony. Regularnie chodziłam na siłownię i przerzucałam ciężary, które wprawiały pakerów w osłupienie- ale nie przyniosło mi to żadnych wymiernych korzyści. Za to z całą pewnością przyczyniło się do rozwalenia mi kręgosłupa.
Po kontuzji długo nie przekraczałam progu klubu, bo po pierwsze pławiłam się w ogólnożyciowym załamaniu, po drugie zwyczajnie bałam się dotykać do hantli, maszyn, sztang i innych ustrojstw, przez które nie mogłam nawet przesiedzieć bezboleśnie krótkiej podróży na fotelu samochodowym. W końcu stwierdziłam, że na siłkę warto wrócić, ale.. skierować się w zupełnie inne jej zakamarki.
Tak jak wspomniałam, robiłam kiedyś najróżniejsze treningi na siłowni, złożone z ćwiczeń na maszynach i na wolnych ciężarach. Dość szybko byłam nawet w stanie zwiększać obciążenia. Tylko co z tego, skoro i tak nie mogłam najzwyczajniej w świecie podciągać się na drążku albo zrobić jednej (!) ‚męskiej’ pompki?
Pod koniec tegorocznej zimy zabrałam się do regularnych treningów core stability. Było to dla mnie koszmarnie wymagające (nagle się wyjaśniło, dlaczego łapałam tyle kontuzji, gdy intensywnie trenowałam bieganie), ale szybko zaczęło przynosić pożądane rezultaty. A rezultaty to coś, co motywuje mnie do jeszcze cięższej i rzetelniejszej pracy, więc nie porzuciłam już poczciwych planków. W zeszłym tygodniu postanowiłam radykalnie zmienić, a raczej zintensyfikować bodźce, w efekcie czego ledwo podniosłam się z podłogi po zakończeniu półgodzinnej serii planków. Następnego dnia czułam się jakbym dostała łopatą w żebra, no i po raz pierwszy w życiu mogłam dokładnie określić, co to są i gdzie znajdują się mityczne „mięśnie głębokie”.
Przerewolucjonizowałam swoje podejście i postanowiłam niezwłocznie zabrać się do zmniejszania ogólnorozwojowych deficytów (dobre zdanie mi wyszło, lol). Na razie wstyd się przyznawać, jak wyglądają moje pompki i podciągania, ale pocieszam się tym, że mogło być gorzej. Tricepsy wymagają natychmiastowej interwencji, bo trenerzy na basenie ciągle mi mówią, że nie kończę pociągnięcia w kraulu, a ja najzwyczajniej w świecie nie mam siły, żeby to robić. Im szybciej płynę, tym szybciej macham łapami i skracam krok. Zupełnie bez sensu, o czym boleśnie przekonałam się na którymś z ostatnich treningów: płynęliśmy trzy setki z progresją- pierwsza umiarkowanie, druga w miarę mocno i trzecia bardzo mocno. Między drugą a trzecią odczuwalnie była przepaść, a na stoperze nie było różnicy. A to by oznaczało, że samą wydolnością nie będę zbyt długo robić postępu.
Pora więc zacząć spuszczać sobie regularne wciry. Kiedy byłam mała, bez trudu robiłam ‚gwiazdy’, stawałam na rękach i fikałam do przodu i do tyłu na trzepakach, a teraz.. drewno. Za dwa tygodnie zamierzam zacząć zjawiać się na sobotnich treningach na sali, bezpośrednio przed treningiem w basenie. Zajęcia te prowadzi Andrzej, więc mogę tego w ogóle nie przeżyć, bo naprawdę jestem ogólnorozwojowym zerem.
I ja chcę, kurde, szybko biegać? I jeździć? I pływać? No, tak być nie może. Pora zamieszkać na siłce, przed lustrem, z drabinką, TRXem, piłką i Bosu. Na razie nie mogę na siebie patrzeć, co nie jest bynajmniej czynnikiem zachęcającym do spędzania czasu na siłowni, ale staram się po prostu nie przyglądać, tylko robić swoje. Z całą pewnością się to opłaci. Poza tym to bardzo dobry sposób, żeby szybko się zmasakrować i resztę dnia spędzić w konstruktywny sposób, bez panikowania, że za mało się natrenowałam (Boże, daj mi siłę i czas, żebym napisała tę magisterkę..).
Wczoraj byłam na spinningu – w lipcu chodziłam regularnie dwa razy w tygodniu po dwie godziny, ale od tamtej pory w ogóle – i zdziwiłam się, że tak gładko dobiłam do 87% HRmax (hipotetycznego HRmax, które określam na 200 uderzeń na minutę. Nie wiem na ile to się ma do rzeczywistości. Dwa lata temu bym nie przypuściła, że może wynosić więcej, bo jak dobijałam w biegu do 92% to byłam już trupem. W tym roku kilka razy zdarzyło mi się na treningu dobić do tej samej wartości i jeszcze znajdowałam się w świecie żywych, więc sama nie wiem. Przydałoby się zrobić badania wydolnościowe, ale boję się i pewnie tak zupełnie świadomie i dobrowolnie się na nie nie zdecyduję zbyt szybko).
Fajna sprawa te zajęcia rowerowe; niestety (albo i stety) moje uczestnictwo w nich było raczej okazjonalne, bo w przyszłym tygodniu zaczynam przebiegiwać plan treningowy i nie wydaje mi się, żebym znalazła jeszcze czas na spinning. A nawet jeśli znajdę, to trzy razy się zastanowię, zanim radośnie tam pocisnę. Jednak sporo mnie nauczyła ta długa kontuzyjna przerwa.
Zaczyna się zielenić. Nie wiem do końca, jak i dlaczego doszłam do tego, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby z powrotem mieć to co miałam i jeszcze o wiele więcej. Wreszcie zamieniłam zamartwianie się, że coś straciłam przekonaniem, że niedługo znowu będę to mieć. Oby mi tego podejścia starczyło na co najmniej 10 kolejnych lat.
A teraz proszę mi nie przeszkadzać, superkompensuję.
(na tym zdjęciu mam nie tylko fajny biceps, lecz także czadowe tan linesy od rękawiczek kolarskich!)

Dodaj komentarz