Z wizyt u dentystów mam same najgorsze wspomnienia.
Pierwsze traumatyczne przeżycie związane z obcowaniem ze stomatologiem mam sprzed wielu lat, gdy byłam mniej więcej ośmiolatką. Najpierw leczenie kanałowe, okupione wielkim bólem, a potem wyrywanie tego nieszczęsnego zęba. Niewiele z tych dni pamiętam, jedynie to że bolało, że ryło miałam spuchnięte jak księżyc w pełni i że w nocy zaplułam oraz zakrwawiłam całą poduszkę.



Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo wyrwanie tej szóstki prawdopodobnie uchroniło mnie od ekstrakcji innych zębów (moje ósemki, tak dolne jak i górne, wybijają się od wielu lat w tempie leniwego żółwia). Niestety tak się składa, że niemal wszystkie kolejne wizyty u stomatologów zdarzały mi się wtedy, kiedy już z zębem było tragicznie. Wcale nie zawsze dlatego, że lekceważyłam rodzący się ból- po prostu w tej materii jestem trochę twardzielką i zaczynam zauważać awarię dopiero wtedy, kiedy jest za późno na zachowawcze leczenie. A endodontyczne, zwane kanałowym, na bolącym do granic możliwości zębie, to szczyt hardkoru.
Ból zęba to prawdopodobnie jedna z najgorszych możliwych dolegliwości. Rozpiera ci czachę, nie możesz myśleć, nie możesz mówić, jeść, pić, ziewać, ruszać szczęką i w ogóle całe życie staje się podporządkowane tej jednej małej wystającej z dziąsła kości. Podczas jednego z takich ataków faszerowałam się Efferalganem z kodeiną i nie przestało boleć nawet wtedy, kiedy już miałam halucynacje. Na fotelu dentystycznym były więc grane dantejskie sceny.
Ostatnio średnio raz w roku mam ząb do kanałowego leczenia. I zawsze trafia się w najbardziej beznadziejnym momencie. Trudno sobie wyobrazić gorsze okoliczności niż te sprzed dwóch lat- nie zagłębiając się w szczegóły powiem tylko, że w przeddzień apogeum bólu biegłam w zawodach na 1000m (i przy tej okazji naciągnęłam/naderwałam/nadwyrężyłam lub nie-wiadomo-co coś w stopie i ledwo w ogóle chodziłam), a dzień później zdawałam najtrudniejszy, ostatni egzamin po drugim roku studiów. Ustny, dodajmy.
W zeszłym roku nie było nawet w połowie tak fatalnych okoliczności, ale ból był chyba jeszcze gorszy. Parę miesięcy wcześniej zainteresowałam się na serio stanem swojego uzębienia i postanowiłam wyleczyć wszystkie zęby, korzystając z dobrodziejstw (?) NFZ. Znalazłam prywatną przychodnię, która ma podpisaną umowę z Funduszem, i kilka razy odwiedzałam ich w celu leczenia niewielkich zębowych awarii.
Tak się zdarzyło, że kilka dni przed ostatnią zaplanowaną wizytą zadzwoniła do mnie pani z recepcji i zapytała o przełożenie mojej wizyty na dzień wcześniej. Zgodziłam się, ale odbierając telefon załatwiałam coś na mieście i w efekcie absolutnie o tej rozmowie zapomniałam. A kilka dni później odebrałam telefon z wielkimi pretensjami pani z przychodni, bo nie pojawiłam się na wizycie.
Głupio mi było, no ale co zrobić – pierwszy (i na szczęście do tej pory ostatni) raz zdarzyło mi się takie przeoczenie. Przeprosiłam i umówiłam się na za tydzień.
Niestety w międzyczasie zaczął boleć mnie ząb. Jednego dnia tylko trochę, drugiego uderzył z całą mocą. Było to 28 czerwca- dobrze pamiętam tę datę, ponieważ następnego dnia miałam podejść do egzaminu licencjackiego. „Miałam”- no właśnie. Ból był paraliżujący, do tego spuchło mi pół twarzy, więc nie było opcji, żebym dotoczyła się na uczelnię. Czym prędzej pojechałam do dentysty na Ursynowie z wielką nadzieją, że przyjmie mnie o ten dzień czy dwa dni wcześniej. Po drodze, niestety, musiałam zrobić sobie zdjęcie do dyplomu i boję się myśleć, jak na nim wyszłam (do dziś nie odebrałam tego świadectwa –  obym jak najdłużej go nie widziała!). Dojechałam do dentysty i ostatkiem sił wystękałam, że jest sytuacja awaryjna i błagam o przyjęcie przez panią doktor albo kogokolwiek innego. Suka z recepcji, najwyraźniej nadal mając mi za złe nieumyślne niepojawienie się na umówionej wizycie, z tonem pełnym wyższości i satysfakcji powiedziała mi, że lekarz może mnie przyjąć o 17 (czyli jakieś cztery godziny później – w tamtej chwili to było jak lata świetlne). I że „oczywiście wizyta będzie pełnopłatna, poza Funduszem”. Wytoczyłam się stamtąd i pojechałam do domu, bo nie miałam siły ani się wykłócać, ani powiedzieć jej, że jest podłą dzidą. Przed odpięciem roweru od płotu (oczywiście że tak- nawet stan przedagonalny nie jest powodem, żeby wsiadać do autobusu) wybrałam jeszcze numer do dentysty, znajdującego się ulicę od mojego domu. Sukces. Mogę tam przyjechać już, zaraz. A więc pojechałam.
Pani doktor rzeczywiście przyjęła mnie natychmiast, ale chyba nie spodziewała się aż takiej masakry. Wyłam jak wilk do księżyca, tyle że prawie bezgłośnie. Wylałam morze łez, wysmarkałam im tonę chusteczek, a pani doktor ledwo mogła mnie dotknąć, nawet po zapodaniu mi znieczulenia w końskiej dawce. W końcu udało jej się zrobić swoje i odesłała mnie do domu. Po drodze zahaczyłam o aptekę, nakupowałam sobie przeciwbóli i, nafaszerowawszy się nimi, padłam w domu na kanapę z workiem lodu przyłożonym do policzka.
Niestety na niewiele się to zdało. Wojtek po powrocie z pracy zastał zapłakany kokon, któremu lód już dawno się rozpuścił, ale nie był (ten kokon) w stanie wstać i podejść do zamrażalnika.
Dwadzieścia minut później znowu siedziałam na fotelu dentystycznym i ponownie cierpiałam katusze. Wreszcie ból zaczął się uspokajać. Niestety, była już 21, a ja byłam w czarnej zupie z licencjatem. Nie zajrzałam nawet do notatek i wiedziałam, że nawet jeśli zajrzę, to nic nie przyswoję – otumanienie dawką leków zrobiło swoje. Byłam pewna, że czeka mnie egzamin w sesji poprawkowej we wrześniu. Dla pewności napisałam jeszcze do Profesora: jak zwykle odpisał prawie natychmiast i (też jak zwykle) przekonałam się, że ma złote serce. Uspokojona, że w razie czego będę mogła podejść do egzaminu w następnym tygodniu, poszłam spać.
Rano było już zdecydowanie lepiej, choć ryj nadal miałam jakbym trzymała w ustach piłkę do ping-ponga. Dotargałam się na egzamin (tym razem przegrałam z rzeczywistością i pojechałam autobusem) i zdałam na 5. Zostałam licencjonowaną polonistką. Można zaczynać wakacje. Można umierać..
Gabinet, do którego trafiłam, był prywatny, a do tego obrzydliwy. Pani doktor była miła i tak dalej, ale poziom higieny i zapach tego miejsca- odrażające. Po zrobieniu „zęba awaryjnego” uciekłam stamtąd na zawsze. Mówiono mi tam, że mam do wyleczenia jeszcze dwa zęby- nic pilnego, ale lepiej to zrobić zawczasu. Oczywiście taki miałam zamiar – ale na NFZ. Wiadomo, że prywatny dentysta marzy o tym, żeby rozwiercić wszystkie zęby i za każdy po kolei skasować odpowiednią kwotę. Nie spodziewałam się jednak, że nfzowski stomatolog robi dokładnie przeciwnie. Poszłam bowiem do kolejnej przychodni z zamiarem wyleczenia tych dwóch zaległych ubytków, a dentystka obejrzała mi zęby i stwierdziła że jest fantastycznie i  nie ma tutaj nic do roboty. No dobra, przecież nie będę się kłócić, znam inne przyjemności niż uczucie przewiercania głowy na wylot.
Niestety dzięki temu wyrabiam teraz normę za dwa lata. Nagór ostatnio napisał na swoim blogu o przeżyciach stomatologicznych i od razu pomyślałam sobie, że warto wybrać się do dentysty. Parę dni wcześniej pokruszył mi się ząb i chciałam zająć się tym, zanim dojdzie do okropnych boleści. Pewnie na postanowieniu by się skończyło, ale znienacka zaczął mnie boleć drugi ząb – po tej samej stronie, ale u góry. Umówiłam się do dentysty, niestety z terminem oczekiwania 2 tygodnie, a ból nie odpuszczał. Udało mi się zarezerwować termin wizyty w innej przychodni, dwa budynki od domu- na za dwa dni. W końcu jednak stwierdziłam, że trzeba to załatwić natychmiast.. i tak trafiłam do tej samej przychodni, i nawet do tego samego gabinetu, co dwa lata temu.
Liczyłam na rozwiercenie, włożenie plomby, dwie stówy straty i sprawa z głowy. Ale to chyba nie w tym wcieleniu. Nie dość że obydwa zęby mam do leczenia kanałowego, to jeszcze ze trzy inne do zachowawczego. Przy okazji dowiedziałam się, że zjadam sobie zęby (ostatnim razem miałam pozjadane policzki, a teraz jestem jak Adaś Miauczyński z Dnia Świra – 48 minuta).
I tak oto z niebolącego zęba – wczoraj zabolał mnie rano, od tej pory było już nieźle – pani doktor zrobiła mi bolący. Życie jest podłe. Życzcie mi powodzenia. I wygranej w totka.
No właśnie. Zastanawia mnie jedno: jak, do cholery, studenci (i inne nie-grube ryby) robią sobie leczenie kanałowe zębów? Przecież to nie jest w ogóle refundowane, nawet u lekarza państwowego (ok, refunduje się endodoncję dla zębów nr 1-3 – chciałabym poznać człowieka, który miał kanałowe w jedynce- serio taki istnieje?). Dzisiaj zostawiłam u dentysty trzy stówy, a to dopiero początek zabawy. Po raz kolejny sprawdza się zasada, że jeśli tylko zarobię kasę i chcę sobie coś fajnego zasponsorować, to nadejdzie sytuacja awaryjna i tyle będę tej forsy widzieć. Jak nie urok to sraczka. Jak nie Rastuszkowa babeszjoza, która uszczupliła mój portfel o tysiaka, to te głupie zęby.
No dobra, a więc JAK? Może nie leczą zębów, tylko faszerują się przeciwbólami, żeby na starość, kiedy będą już ustawionymi życiowo, wykształconymi magistrami lub inżynierami, mieć za co leczyć rozwaloną tabletkami wątrobę?
A może po prostu ja mam takie szczęście, że ciągle mi się coś z tymi głupimi zębami dzieje? Genetyczne predyspozycje niestety by to potwierdzały.
Mam już uczulenie na służbę zdrowia. Publiczna praktycznie nie istnieje, prywatna jest coraz gorsza. Aż strach chorować. A ze wszystkich lekarzy dentyści są zdecydowanie najgorsi.
W epoce nieograniczonego dostępu do Internetu nie musimy się obawiać, że lekarz dowolnej specjalności wmówi nam jakąś niestworzoną chorobę i wyciągnie od nas kupę forsy za nic. Wujek Google nie tylko pomaga w autodiagnostyce, lecz także pomaga wybrać dobrego lekarza, sprawdzić ceny usług, jakie nas interesują i tak dalej i tak dalej. A dentysta nadal może wszystko. Ma wieczną przewagę nad swoimi pacjentami. Najczęściej ten, który do niego przychodzi, jest tak obolały, że nie daje rady racjonalnie myśleć i błaga jedynie, żeby ten ból się skończył. A wtedy, choćby wychodził z przychodni ogołocony jak święty turecki, będzie widział w lekarzu cudotwórcę, który uwolnił go od cierpienia.
Nawet jeśli ten ból nie paraliżuje umysłu i ciała, z dentystą nie da się dyskutować. Nikt normalny nie fascynuje się tajnikami stomatologii, więc nie da się samodzielnie sprawdzić, czy dentysta faktycznie ma rację. Nie da się również z czystym sumieniem zdecydować samodzielnie, bo jeśli nie pozwoli się czegoś zrobić dentyście, ma się nad sobą widmo nadchodzącej Sodomy i Gomory. Nikt się nie zna, a każdy korzysta, więc jesteśmy na straconej pozycji.
Do tego nie mam pojęcia, jak rozpoznać dobrego dentystę. Ząb, który teraz mam robiony kanałowo, rok temu był leczony zachowawczo, a podobno pod plombą była w nim dziura jak sto pięćdziesiąt. I komu wierzyć?
Wszystko źle. Tylko dentyści mają klawe życie.

2 Comments »

  1. Powiem tak – na szczęście nie jest już u dentystów tak strasznie jak kiedyś. 🙂 W ogóle nie jest strasznie! Jeśli pójdziesz do sprawdzonego specjalisty, będzie bezboleśnie i komfortowo. Grunt to znaleźć dobrego dentystę i się go trzymać. 🙂

Dodaj komentarz