Jak zwykle muszę zacząć od dygresji. Przepraszam. Nie przewijajcie lepiej tego wpisu do samego końca, bo od razu odechce Wam się czytać. Mimo wszystko zachęcam. Szybko Wam pójdzie. Zaczynamy.
Dzień przed wyjazdem z Grzybna plan treningu z zakładką popsuł mi samochód, utopiony w Jeziorze Białym. Zamiast biegu z pływaniem miałam sam bieg, a nad jeziorem mogłam się najwyżej porozciągać na brzegu.
Policja, którą wezwaliśmy do tego osobliwego wydarzenia, jechała do Prokowa chyba przez Malbork, ponieważ pół godziny czekania spełzło na niczym. Postanowiliśmy więc wracać powoli do domu. Niemniej byłam bardzo ciekawa, co takiego stało się w nocy i dlaczego ten nieszczęsny polonez znalazł się w wodzie aż po dach. A tak naprawdę najbardziej zajmowało mnie to, czy kąpielisko nad jeziorem będzie zamknięte- a jeśli tak, to na jak długo.



W celu uzyskania tej informacji zaglądałam praktycznie codziennie na portale: kartuski i expressu kaszubskiego. Nie znalazłam żadnej wiadomości o polonezie, ale po pewnym czasie regularnego przeglądania tamtejszych wiadomości już wcale się temu nie dziwię. Czymże jest bowiem utopiona fura pośród tego, co dzieje się w okolicach Kartuz każdego dnia?
Jeśli wejdziecie na stronę z wiadomościami z Warszawy czy z Trójmiasta, zobaczycie najróżniejsze doniesienia: o koncertach, o pogodzie, o zmianach w komunikacji miejskiej, o uchwałach, planach, zdarzeniach, wypadkach.. Na portalu kartuskim dominują te ostatnie. Właściwie nie dominują, a wręcz miażdżą wszelkie inne wpisy. Można odnieść wrażenie, że w Kartuzach co drugi samochód kończy na drzewie, w rowie albo na masce innego auta. Nie muszę nawet podawać przykładowych linków, bo jeśli wejdziecie na ten portal, to z pewnością sami się o tym przekonacie.
49 pożarów, 58 wypadków drogowych, 5 ofiar śmiertelnych i 75 osób rannych – to bilans zaledwie dwóch wakacyjnych miesięcy na terenie powiatu kartuskiego.
No właśnie.
Nie będę podejmować tematu wypadków śmiertelnych. Ale weźmy choćby zwykłe stłuczki, kolizje i wypadki, w których bardziej cierpią maszyny niż ludzie. Takich tam jest pełno. Dzisiaj, w dniu 10 września, z pięciu informacji na głównej stronie kartuzy.info cztery dotyczą zdarzeń drogowych. Jeep zatrzymał się na drzewie, minikarambol na wojewódzkiej, czołowe zderzenie dwóch samochodów. Tak jest codziennie. Aż strach wyjeżdżać na tamtejsze drogi. Z czego to wynika?
W tym roku rzadko porywałam się na przejazdy szosówką po kaszubskich ulicach, którymi ludzie tłumnie dojeżdżają do pracy, ale wystarczyło mi raz wyjechać na drogę krajową w godzinach blisko szczytu, żeby poczuć widmo niebezpieczeństwa. Wyprzedzanie ‚na gazetę’, mijanie się z pojazdem z przeciwka ‚na urwanie lusterka’, wyprzedzanie na trzeciego, czwartego, ósmego (…), spychanie rowerzysty na pobocze- to wszystko jest na porządku dziennym.
Największy problem – moim skromnym zdaniem – leży w tym, że stan ulic Szwajcarii Kaszubskiej jest tak samo fatalny jak stan umysłowy wielu tamtejszych kierowców. Doskonale ze sobą współgrają i zapewniają fantastyczny byt pracownikom pomocy drogowej i lakiernikom. Kierowcy są tak przyzwyczajeni do poruszania się po dziurawych, wąskich i słabo oświetlonych drogach, że niejako wyrabiają w sobie przekonanie, że tak po prostu musi być. Jazda samochodem to walka o przetrwanie: uda się albo się nie uda- i tyle. Szkoda, że w tak atrakcyjnym regionie jest tak oszałamiająco duży odsetek drogowych idiotów.
Jednak właściwie nie o tym chciałam pisać. Ta niemała dygresja o pomorskich mistrzach kierownicy przyszła mi na myśl głównie dlatego, że zastanawiałam się czasem, jakbym radziła sobie tam za kółkiem. Na rowerze mogę jechać wszędzie i nic mnie nie wzrusza, a tam miewałam kłopoty natury zlasowania mózgu przez dziwną sytuację na drodze.
Mam prawo jazdy od prawie czterech lat. Przejechałam w tym czasie jakieś.. 30 km. Nie żartuję i nie uciekło mi żadne zero. Mogę wymienić prawie wszystkie przejazdy, w których robiłam za kierowcę.
1. Wojtek dał mi auto na przejazd z ul. Czerniakowskiej do ul. Kredytowej. Około sześciu kilometrów, głównie po prostej drodze. Wszystko było relatywnie spoko aż do skrzyżowania z ul. Szkolną, kiedy prawie przejechałam pieszego na pasach, ponieważ.. ponieważ nie wiem co. To jest chyba ten problem.
2. Dwa razy jechałam ze Służewca do domu na Czerniakowską z Wojtkiem w roli pasażera. Byliśmy u dziadków na jakichś rodzinnych uroczystościach i pozwoliłam napić się Wojtkowi jakiegoś alkoholu. Trasa stamtąd do domu jest naprawdę prosta. W ogóle ma same zalety, również tę, że Wojtek całkowicie wytrzeźwiał już na pierwszym kilometrze towarzyszenia mi w podróży.
3. Katowice, noc, środek zimy, droga z centrum do Brynowa. Nieprzeciętna porażka. Na samym początku samochód zgasł mi na środku ronda, blokując policyjny radiowóz. Później wpadłam w mega poślizg na skrzyżowaniu i przedriftowałam przez dwa pasy aż do torów tramwajowych. Parkować pod blokiem już nie próbowałam.
4. Późnym wieczorem, przed północą, z basenu na Żoliborzu, po względnie pustej drodze. Raz mi zgasł, ale ogólnie nie było tak koszmarnie. Udało mi się nawet ruszyć z trójki.. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego Wojtek po wyjściu z samochodu pod blokiem powiedział: „Kup sobie te jazdy doszkalające. Najlepiej dwieście godzin.”
A miałam naprawdę dalekosiężne plany. Przygotowałam trochę forsy na kupno używanego samochodu do wożenia siebie i psów. Chciałam zapisać się na wspomniane wyżej jazdy (ale może jednak nie na dwieście), żeby nauczyć się warszawskich dróg. Taką sobie śliczną Hondzię wymarzyłam. Przyznaję się bez bicia, jest we mnie coś z dresiarza. Starszawa, czarna strzała po tuningu- to jest to. Jeździłabym. Tylko jak długo?
Przemyślałam, zrobiłam bilans ewentualnych zysków i strat, policzyłam, raz jeszcze pomyślałam i.. za kasę przeznaczoną na auto kupiłam rower. Trzeci. Amen.
 Wierzę, że trening czyni mistrza. Wierzę, że doświadczenie to klucz do sukcesu. Wierzę, że kierowanie samochodem nie jest umiejętnością poza moim zasięgiem psychofizycznym i dałabym radę, gdybym naprawdę się spięła. Jest tylko jedno „ale”.
Posiadanie samochodu jest obecnie bardzo powszechne. Zrobienie prawa jazdy i kupienie auta to jak pewien naturalny etap w życiu. Kłopot w tym, że ogromnie wielu kierowców, których mijamy na mieście, to tacy właśnie dojeżdżacze do pracy. Nie jestem zaś przekonana, czy osoba, która porusza się po jednej, dwóch, góra trzech trasach i nie wyjeżdża w żadne dłuższe wycieczki jest rzeczywiście dobrym kierowcą. Śmiem w to wątpić.
Niestety, kurs prawa jazdy jest podobnie bzdurny co nowa matura. Nie przygotowuje kandydata do wszechstronnego radzenia sobie z zadaniami, które przed nim staną; raczej poklepuje go po ramieniu, mówiąc „radź sobie sam, ja mam czyste sumienie, przecież zdałeś egzamin”. Ja na kursie prawka radziłam sobie świetnie. No dobra, kilka razy zrobiłam coś głupiego, a jak ruszyłam raz ze wzniesienia, to zapach spalonej gumy unosił się na placu jeszcze długo. Ogólnie rzecz biorąc byłam jednak pewnym siebie, odważnym kierowcą. Niestety, kiedy zabrakło drugiego pedału hamulca i sprzęgła, przestałam być takim chojrakiem. Delikatnie mówiąc. Koszmar zaczął się już na egzaminie. I potrwał przez kolejne cztery, aż do piątego, na którym udało mi się wreszcie zdać.
To jest w ogóle ciekawy rozdział mojego życia. Największy stres świata. Ustne egzaminy przy tym wymiękają, a pragnę zaznaczyć, że są czymś, co mnie absolutnie powala.
Bycie członem podrzędnym w relacji egzaminator-egzaminowany jest trudnym przeżyciem. Jeśli nie jesteś przebojowym, pewnym siebie i swoich umiejętności człowiekiem, to masz bardziej lub mniej przerąbane- w zależności od tego, jak wielkie masz trudności w radzeniu sobie w różnych sytuacjach komunikacyjnych. O ile w szkole czy na uczelni można przyjąć, że egzaminator chce, żebyś zdał, a przynajmniej nie chce cię za wszelką cenę oblać, o tyle w kwestii egzaminu na prawo jazdy jest zupełnie inaczej. Od pierwszego podejścia wiedziałam jak jest i niestety się nie myliłam. Za każdym razem, kiedy egzaminator mówił: „Dzień dobry, nazywam się tak i tak, będę panią egzaminował” słyszałam: „Dzień dobry, nazywam się tak i tak, przez najbliższą godzinę będę próbował wytknąć pani wszystkie błędy, pokazać jaka jest pani niedouczona i nienadająca się do prowadzenia pojazdu i mam nadzieję, że nie każe mi pani długo czekać aż ją obleję”.
Pierwszego egzaminu na prawko nie zdałam, ponieważ samochód zgasł mi cztery razy na odcinku około trzystu metrów. Nic nie muszę więcej dodawać, prawda?
Na drugi pojechałam cztery godziny po powrocie z Opener Festivalu. Łatwo się domyślić, że nie byłam, bynajmniej, rześka jak poranek. Równie nieżywotna była Eliza, która pojechała potowarzyszyć mi w tym okropnym wydarzeniu. Jej chęci były wielkie, ale szybko spoczęła na ławce pod PORDem i odpłynęła w objęcia Morfeusza. Dziesięć minut po tym, jak ją opuściłam, już z powrotem stałam przed nią. Jej relacja była równie krótka jak mój egzamin: „Śpię sobie, śpię i nagle słyszę: JEBUDU!!!. Budzę się, a tam na placu samochód staranował słupek. Pomyślałam: >>o Jezu, mam nadzieję że to nie ty<<. No, ale weź się nie łam, następnym razem się uda”.
Trzecie podejście także nie było specjalnie długie. Wyjechałam z ośrodka, dotarłam do pierwszego skrzyżowania, spojrzałam w lewo, w prawo, wyjechałam z podporządkowanej.. I na tym przygoda się skończyła, ponieważ egzaminator interweniował naciśnięciem hamulca. Echm, no dobra, faktycznie coś tam jednak jechało..
Dzień przed kolejnym podejściem do zdawania egzaminu byłam absolutnie, pardon, posrana. Wiedziałam niby, że życie nie kończy się na zdaniu lub oblaniu prawka, ale nawet ta świadomość jakoś niespecjalnie do mnie przemawiała. Dojechałam do ośrodka w stanie przedagonalnym. Po długim oczekiwaniu wreszcie zaczęłam swój egzamin. Wsiadłam do auta, stojącego na początku łuku, egzaminator też wsiadł i zaczął mi coś tłumaczyć. Zaciągnął przedtem hamulec ręczny, który opuścił zanim wysiadł z samochodu. Jak się okazało, nie zrobił tego do końca. Ruszyłam powoli i.. „piiip” – kontrolka ręcznego. Dupek celowo opuścił ręczny tak, żeby lampka zaświeciła się dopiero jak ruszę z miejsca. „Blablabla, powinna była pani to sprawdzić, samochód był niegotowy do jazdy”. A więc miałam na koncie już pierwszy błąd. Na drugi nie czekałam długo. Dojechałam do końca łuku, zatrzymałam samochód, a gość każe mi wysiąść i zobaczyć, jak zaparkowałam. No i oblałam- maska Punto Grande przekroczyła linię o około 10 cm. Karygodny błąd, rzeczywiście, myślę że zaważyłby okrutnie na moim radzeniu sobie w warunkach drogowych. Cóż.
Na piąty egzamin przyjechałam specjalnie z Warszawy, więc presja była jeszcze większa. Ponadto było to ostatnie podejście, przed którym nie musiałam powtarzać części teoretycznej. Szczęśliwie podjęłam najlepszą z możliwych decyzji przed egzaminem: wykupiłam trzy godziny jazdy bezpośrednio przed przystąpieniem do tegoż. Dzięki temu wsiadłam do samochodu i niejako automatycznie zaczęłam wykonywać wszystkie czynności. Co prawda modliłam się przez cały czas, żeby kobieta (bo tym razem trafiłam na egzaminatorkę) nie poleciła mi parkować równolegle tyłem, bo wtedy apokalipsa. Na szczęście obyło się bez tego. Próbowała mnie jednak złapać na braku wykucia przepisów, zabierając mnie na przejazd, którego żaden normalnie jeżdżący kierowca nie pokonuje tak, jak kodeks przykazał. Miałam farta, bo właśnie w to miejsce zabrał mnie instruktor dwie godziny wcześniej i dokładnie wytłumaczył mi, jak powinnam się tu zachowywać (i zarazem jak nie powinnam, kiedy już będę jeździć własnym samochodem, bo może to i przepisowe, ale niezbyt bezpieczne ani logiczne). Przebrnęłam więc. Pomijając ten niewątpliwy sukces, egzamin był jednak pasmem stresu i cierpienia. Noga latała mi nad sprzęgłem bez ustanku, jechałam 30 km/h (na szczęście było ciemno, a poruszałam się głównie po dziurawych, ciemnych drogach, więc nie mogła się do tego przyczepić), a co więcej, podczas jednego z manewrów zmieniania pasa włączyłam wycieraczki zamiast kierunkowskazu. Zaraz przełączyłam je na spryskiwacz, a potem już na to, o co mi chodziło, tyle że w przeciwnym kierunku. Nie wiem jakim cudem egzaminatorka utrzymała powagę. Jednak.. ZDAŁAM. Wreszcie się to dokonało. Byłam naprawdę szczęśliwa.
Tylko co z tego, skoro w Gdańsku nie było opcji, żeby nauczyć się jeździć. Mówi się, że aby przejść płynnie z kursu do radzenia sobie w warunkach miejskich, trzeba po prostu zacząć trenować zaraz po odebraniu prawka. Ale mój ojciec ma dwie córki- Joannę i Toyotę- i za żadne skarby nie dałby starszej z nich wykorzystywać młodszej. Za kierownicą ‚tojosi’ siedziałam jeden, jedyny raz, jeszcze przed odebraniem dokumentu, kiedy pojechaliśmy podriftować na lodzie na Westerplatte. No, BMW to to nie jest, ale całkiem nieźle się kręciło. Jedynym zaś autem, którym mogłam pojeździć między egzaminami, była stara, poczciwa Toyota Celica wujka z Grzybna. Wujek ogólnie jest wyluzowanym człowiekiem i równie dobrze mógłby puścić mnie tym autem na samotną krajoznawczą przejażdżkę, ale mimo wszystko wolałam pobawić się w mniej ryzykowne manewry, takie jak parkowanie. Niestety, trenowanie na długiej Celice bez wspomagania kierownicy nijak nie przełożyło się na jazdę małym Punciakiem- dzień później nie zdałam (to było to nieszczęsne czwarte podejście).
No i na tym nieszczęśliwym etapie zatrzymała się moja przygoda w roli kierowcy samochodu. Być może gdybym miała rzeczywistą potrzebę nauczenia się tego i śmigania po mieście, to opanowałabym tę sztukę dość szybko i sprawnie radziła sobie w warszawskich warunkach. Uważam jednak, że smykałkę do prowadzenia samochodu albo się ma, albo się jej nie ma. Można się nauczyć prowadzenia pojazdu, ale nigdy nie będzie się świetnym kierowcą, jeśli nie ma się do tego drygu (w moim przypadku mieszanka genów przechyliła się zdecydowanie na tę gorszą stronę- od strony ojca mam samych zdolnych kierowców, moja mama jest takim samym antytalentem jak ja). Obecnie na drogach, zwłaszcza miejskich, jest wielu – zbyt wielu – kierowców, którzy nauczyli się wciskania sprzęgła i zmieniania biegów, ale predyspozycje do tego mają podobne do moich. Obawiam się, że prędzej czy później, jeśli w niesprzyjających okolicznościach spotka się dwoje takich antykierowców, to skończy się przynajmniej na stłuczce, wydatkach i nieprzyjemnościach. I nie mówcie mi, że kobiety za kółkiem wcale nie są gorsze od facetów, bo Was wyśmieję. Pomijając chlubne wyjątki, które zdarzają się w każdej dziedzinie: są znacznie gorsze.
Ale tak ogólnie to samochody są całkiem fajne. Zwłaszcza jak się nie ruszają.
Cóż, podobno mam inne zalety.
Tia.

1 Comment »

  1. Jednak widzę, że nie jestem zupełnie sama w swojej "nieumiejętności" jazdy samochodem. 😀 Generalnie z braku samochodu też nie jeździłam po zdaniu prawka i bywa tak, że czasami wsiadam jako kierowca awaryjno-imprezowy. Wtedy dopiero są jaja. Ostatnio przecięłam skrzyżowanie równorzędne (w Otwocku) jak by go tam w ogóle nie było. Całe szczęście nic nie jechało. o.O Już o problemach z ruszaniem i gaśnięciem samochodu w kryzysowych sytuacjach nie wspomnę :/

Dodaj komentarz