Drugi dzień- mam nadzieję, że ostatni- zamulania. Jednak gnębi mnie jakiś przezięb. Udało mi się rano pójść na dłuższy spacer z psami, wypływać je w jeziorze i zmęczyć piłką, ale krzyczenie do borderów znajdujących się kilkanaście metrów przede mną było naprawdę bolesne. To chyba zatoki. A słońce jak wkurzało, tak wciąż bezczelnie wkurza. Zobaczycie, że jak tylko przestanę być zombie i wrócę do żywych, to nagle zacznie być zimno, wietrznie, szaro i beznadziejnie. Takie życie właśnie. Giantino stoi w kącie z tym nowym siodłem testowym Fizik i prosi, a ja nie mogę spełnić jego życzenia, choć też stęskniłam się już za pętlą habdzińską.



Zostało 5 godzin do zachodu słońca. No dalej, promyczki, idźcie już w cholerę.

Ech, odpoczywanie jest takie trudne i niedobre. Nie nadaję się do tego. Nie mogłabym podjąć pracy biurowej po 8 godzin dziennie- po tygodniu przekwalifikowałabym się na kopanie rowów, chyba że wcześniej wywieźliby mnie z biura w kaftanie.

Ale! (A więc jest jakieś ale!)
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. No, może nie do końca- zamulanie nie ma dobrych stron, ale gwałtowna nadwyżka czasu, który normalnie spędziłabym na trenowaniu, a muszę przesiedzieć w chacie (słońce, nie mogłobyś sprawdzić, czy nie ma cię w Hiszpanii?) może mieć.

Najbardziej skomplikowane i twórcze procesy myślowe rodzą się podczas długich, samotnych, jednostajnych treningów, takich jak rowerowe rozjazdy i kilkunastokilometrowe wybiegania. Ale, co zadziwiające (a może nie?), najlepsze konkretne pomysły pojawiają się, kiedy – zaiste – siedzę i zamulam bez perspektyw na lepsze ‚za godzinę’. W ten sposób urodziły się najbardziej perspektywiczne życiowe przedsięwzięcia. Sto lat temu (100 = 11) w ciągu jednego dnia chorowania przed ekranem komputera zorganizowałam sobie kilka lat fajnych, rozwijających lat z dog handlingiem (profesjonalnym wystawianiem psów), które to działania później przerodziły się w szkolenie psów. A co z tego wyszło, tego plony zbieram do dzisiaj.

Teraz jest podobnie. To dobra pora na rozpoczęcie działań, mających na celu realizację rodzących się pomysłów na przyszłość. Jest ich nawet kilka i są wymienne. Plan „minimum” nie zakłada ogromnej liczby zmian w moim życiu, ale usatysfakcjonowałby mnie w stu procentach. Plan „maksimum”, trudniejszy do realizacji, pozwoliłby mi stworzyć coś, co byłoby jedynym takim przedsięwzięciem w Polsce i prawdopodobnie w całej Europie.
Trzeba działać. Tylu ludziom udało się spełnić najróżniejsze pomysły, zorganizować coś, o czym zawsze marzyli. Dlaczego mnie – nam – miałoby się nie udać? Od najmłodszych lat mam w głowie dużo pomysłów, które przez wiele lat wydawały mi się kompletnie zwariowane. Teraz jednak widzę, że takie rzeczy są do zrobienia. Do roboty zatem!

(Hej, słońce! czy to nie Pinokio na drugiej półkuli Ziemi?????)

Dodaj komentarz