Zdecydowaliśmy, że jedziemy do domu jutro. Nie żeby nam się tutaj przykrzyło- co to to nie. Po prostu co najmniej od wczoraj jesteśmy już tak stargetowani na wyjazd, że uznaliśmy, iż nie ma co zwlekać. Skoro będziemy jechać późnym popołudniem to jest ryzyko, że całą drogę będę śpiewać, a nie spać, jak to bywa porankami. Z drugiej strony na jutro mam w planie 60 km rozjazd na szosie niedługo po treningu zakładkowym bieg-pływanie-bieg, więc jest szansa, że jednak mnie zmorzy.



Dzisiaj było bardzo spokojnie, nawet trochę za bardzo, więc pewnie znowu czeka mnie siedzenie do późnej nocy. Rano bieg 10 km, core, agility (ostatnie!) i… koniec. Miał być basen (wreszcie), ale jak dojechaliśmy do sopockiego aquaparku i zobaczyłam co najmniej sześć osób na małym, trzytorowym basenie to zwątpiłam. Ostatni trening w tym miejscu nie był zbyt owocny, więc postanowiłam poczekać z tym do niedzieli. Jako że mieliśmy jeszcze trochę czasu, zanim trzeba było pojechać do Gdyni oddać przeszkody do agility, wybraliśmy się do Gdańska na zakupy. To nie był najfortunniejszy pomysł- wybierałam się na pływanie, więc mój outlook był, delikatnie mówiąc, beztroski. Fryzura podobnież. Niemniej chętnie przekroczyłam próg Decathlonu na gdańskim Przymorzu, przymierzyłam połowę dostępnego asortymentu i wreszcie kupiłam sobie bluzę na rower. Jest nie tylko wygodna i wiatroodporna, ale przy okazji, zupełnie przypadkiem, ma kolory mojego Giantino 🙂

Przy okazji wycieczki dostrzegłam jedną zasadniczą wadę potencjalnego mieszkania w Grzybnie na stałe: tu jest koszmarnie ciemno. Latem to nie sprawia żadnego kłopotu, ale zimą byłoby bardzo kiepsko, zwłaszcza z moją ciemnościofobią. Zimne miesiące to dla mnie czas nieustannej walki z dołującym wpływem braku światła, więc tutaj cierpiałabym podwójnie. Co gorsza, nie wyobrażam sobie biegania tutaj o szóstej rano albo późnym wieczorem w tę ciemnicę, a las pewnie widziałabym sporadycznie. No cóż, jak to mawiają, wszystko ma swoje zady i walety.

Jak widzicie, nadal działam prężnie w kierunku autosugestii. Nie chce się wracać do miasta, no.. Zabrakło mi przynajmniej pełnego tygodnia do poczucia stuprocentowej satysfakcji i ostatecznego umęczenia treningiem. Nie bardzo potrafię zrozumieć jak to jest, że czasowo trenuję tutaj mniej niż w Warszawie, a odczuwam to zgoła inaczej. Chciałabym wierzyć, że to za sprawą trudniejszego terenu i zwiększenia objętości biegania o 70%, ale w ostatecznym rozrachunku nie dopuszczam do siebie innej myśli niż ta, że to ze mną coś jest nie tak. Ech, długa droga przede mną, długa i wyboista. Kilka razy już wygrałam z przeciwnikami, ale ze sobą na dłuższą metę jeszcze nigdy.

Dodaj komentarz