Notkę publikuję dziś wyjątkowo wcześnie, a przyczyna jest prosta: wykonałam już wszystko, co miałam do zrobienia, i nie mogę się nadziwić, że jest dopiero po 16. W gruncie rzeczy cztery godziny trenowania to nie tak dużo (nieprawdaż?), więc wszystko wskazuje na to, że wieczorem zaliczymy jeszcze basen (chyba że porwie mnie pętla czasoprzestrzenna i nie odkleję się od kompa- tak czasem bywa). Muszę pływać, bo zapomnę jak to się robi i będzie wieś, jak wrócę na treningi Mastersów. Kraul w jeziorze to jednak co innego.



Ale do rzeczy..
Po przerwie, która trwała chyba całą wieczność, a co najmniej kilka epok, dotarłam wreszcie do 15-kilometrowego rozbiegania. O dziwo, wcale mnie ten dystans nie przerażał, a przecież w Warszawie moja głowa nie pozwalała mi zrobić nawet ‚dziesiątki’… Dziwne rzeczy.
Wczoraj, jak już wspomniałam, oddałam się kreatywnemu nicnierobieniu (genialne pomysły przyszły, a jakże!). Nie byłabym jednak sobą, gdybym choć trochę sobie nie przywaliła. Zrobiłam więc drugi od miesięcznej przerwy trening na nogi z dużą piłką. Trening opiera się na masakrujących przysiadach, po których nie da się schodzić po schodach, zbiegać, a nawet siadać na krześle. W lipcu nie zrobiłam go ani razu, bo moje kolano protestowało przed najmniejszą próbą dodatkowego obciążania go, a bardzo mi wówczas zależało, żeby nie przerywać cyklu biegowego.
A więc obudziłam się dziś rano i już wiedziałam, że nie jest dobrze. Nie tylko zresztą przez zakwasy. Psy trochę ogarnęły swoje niesubordynowane zachowania i słodko ze mną śpią ile tylko zechcę. W pierwszym tygodniu pobytu tutaj nie było mowy o przedłużaniu wstawania po usłyszeniu budzika, bo durne bordery zaczynały skakać, dobijać się do drzwi i prosić o wypuszczenie na dwór (albo o okazanie im jakiejkolwiek uwagi). Teraz chcą się przewalać w pościeli dłużej niż ja (takkkk, łaciate mają święto psa i z okazji wyjątkowo szerokiego łóżka mogą spać obok mnie), co wcale nie ułatwia mi podjęcia decyzji. Niestety z każdym kolejnym dniem zbliżającym do końca lata wstaje się coraz trudniej, w coraz większej ciemności i zimności.
No ale nie ma się co użalać, bo i tak zawsze wolałam półtorej godziny biegania zamiast półtorej godziny snu. Nie pamiętam kiedy ostatnio zrobiłam wybieganie 15 km, ale to było naprawdę strasznie dawno, podejrzewam że nie wcześniej niż 1,5 roku temu. Z niewyjaśnionych przyczyn, od samego początku dzisiejszego treningu miałam wysokie, a potem nawet bardzo wysokie tętno. Nie chce mi się wierzyć, żeby pulsometr zwariował (Garmin 910xt to jednak nie tamagotchi), ani że to kwestia zakwasów (w czasie biegu aż tak potwornie ich nie czułam, ale jak tylko się zatrzymałam, to uuuuuuooooohooohoooo….!!!!), więc w sumie nie wiem, dlaczego tak mi się zrobiło. Na płaskim terenie trzymałam nawet dość nieuwłaczające tempo (porównując z moimi biegami sprzed wyjazdu, oczywiście, a nie z tymi z 2 lat wstecz), ale i tak całość biegu odbyła się z prędkością dorodnego ślimora. Pocieszam się, że większość dystansu to było podbieganie pod górki, przedzieranie się przez las, biegnięcie po kamieniach i przeskakiwanie przez moczary i błotne kałuże, a na zbiegach ‚trzymałam hamulce’, bo nie chciałam, żeby kolano sobie przypomniało, że ostatnio nie bolało i już czas to zmienić. Chętnie uspokoiłabym swoje sumienie i napisała, że wysokie tętno też było spowodowane tymi ogromnymi podbiegami, ale… niestety, nie ma się co oszukiwać. Trójmiejskie góry wcale nie są wielkie, a dwa lata temu śmigałam po tych samych lasach o pół minuty na kilometr szybciej. Rok temu kategorycznie odmówiłam mierzenia się z jakimikolwiek dłuższymi rozbieganiami i czekałam, aż zdarzy się cud. No cóż, nie tym razem. Dobrze że kopnęłam się wreszcie w mózg i postanowiłam zacząć wszystko od nowa. Jestem w trakcie tego ‚najtrudniejszego pierwszego kroku’, więc jak go w końcu postawię, to powinno być łatwiej. Przynajmniej dla głowy, bo fizycznie będzie na pewno coraz trudniej (bo mocniej- i dobrze!).

Dopiero po biegu uświadomiłam sobie, że potwornie bolą mnie nogi. Nadal nie rozumiem, jak to jest, że na siłowni potrafiłam dowalić sobie nieprzeciętne serie ćwiczeń na maszynach i nigdy nie miałam takich zakwasów jak po niewinnie wyglądających przysiadach… Ledwo się poruszam, nie mówiąc już o wykonywaniu jakichś bardziej złożonych ewolucji. Rozciąganie było koszmarem. Zamiast na szosę, zaciągnęłam dziś Wojtka na rowery górskie, bo na samą myśl o mocnym pokonywaniu podjazdów robiło mi się niedobrze. Zrobiliśmy bardzo przyjemną pętlę do Sianowa, utrzymując lekkie przełożenia i rekreacyjne tempo. Tak zwany rozjazd. Niewiele to jednak dało moim biednym umęczonym mięśniom. Chciałam dziś rozstawić sobie tor agility pod domem i poskakać trochę z psami, ale nie ma takiej opcji. Rasta zaliczyła więc frisbee (ostatnio to jej główna dyscyplina;-)), a Smok elementy agility, przy których nie muszę za dużo biegać. Rano poćwiczyliśmy slalom (kilka errorów przy wejściach, ale poza tym cud miód i orzechy- zsunęłam już slalom znacznie i bardzo ładnie sobie radzi), po południu set pointy (100% perfekcji; 3×3 powtórzenia na obie strony, dodając coraz intensywniejszy ruch z mojej strony. Było cudownie, starał się bardzo i skakał wyśmienicie, więc na tym skończyłam) i krótkie ćwiczenie na tyczkach 55 cm (tu już gorzej, prosiłam go o zbyt mocny zakręt i nie radził sobie z tym jeszcze; wiemy nad czym pracować- ale i tak jest poprawa).

Jeszcze w temacie zwierząt: w Grzybnie są strasznie głupie żaby. Cała plejada żab najróżniejszych kształtów i rozmiarów, a wszystkie jednakowo głupie. Są małe żabeczki, które ciągle próbują mi wskoczyć pod nogi albo pod stawianą właśnie na ziemi hopką. Są duże i zwinne żaby, wyjątkowo nierozważne w swoich poczynaniach. Wciąż czyhają na okazję, żeby wskoczyć nam do domu (używają do tego wielkich susów), a kiedy je gonię, żeby je uratować od pewnej tragicznej śmierci, uciekają jak dzikie. Jedna z takich żab była wyjątkowo zdeterminowana: nie dała mi się złapać w rękę; po schwytaniu jej do plastikowego pojemnika i przykryciu go gazetą znalazła maleńką szparę między powierzchniami i z zaciekłością wydostała się z pudełka. Podjęłam kolejną próbę złapania jej w dłoń, ale ona kilkoma szybkimi skokami wskoczyła.. za szafę kuchenną. Już jej nie odnaleźliśmy.
Dzisiaj miałam starcie z drugą taką osobniczką. Schemat dokładnie ten sam: skorzystała z okazji otwartych drzwi do domu i przykicała radośnie. Ruszyłam w pogoń, niestety bez skutku. Przegoniłam ją przez korytarz aż do kuchni i już prawie, prawie ją miałam, a ona.. skoczyła w kierunku zmywarki i… zniknęła. Gdyby nie ta pierwsza buntowniczka, pomyślałabym że mam halucynacje i widzę urojone żaby- ale to były istoty z krwi i kości! Spryciara musiała zauważyć jakąś przestrzeń między zabudową a zmywarką i idealnie się tam wcelować. No cóż, rest in peace, żabki, chciałam dobrze.

Dodaj komentarz