Dobrze zaczęłam trzeci tydzień w Grzybnie. Dlaczego czas tak pogina?! Nie może tak szybko upływać zimą…?!

W ciągu dnia kolejno wykonałam jednostki treningowe: bieg (+core stability +rozciąganie), siłownia, rower -> pływanie -> rower (to co nazywam delikatną i rekreacyjną niemal-zakładką). W międzyczasie trenowałam z psami i pracowałam.

 


 „Robota” jest żmudna i czasochłonna (statystyki, wyniki, relacje, tysiąc pięćset linków do wygooglania), ale bardzo ciekawa, konstruktywna i kreatywna. Podoba mi się to co robię i mam nadzieję, że tak samo spodoba się wszystkim, którzy pod koniec roku złapią w swe ręce Leksykon Polskich Maratończyków.
Jeśli chodzi o psie harce- Rasta oddaje się radosnej rekreacji, dziś dwukrotnie wymęczyłam ją rzucaniem frisbee, poza tym włóczy się po dworze, tarza się w trawie (tak- chcę wierzyć, że to tylko trawa), przynosi piłeczkę, gryzie Smoka. Smok zaś intensywnie pracuje i codziennie uczy się nowych rzeczy.
Wczorajsza sesja na slalomie była potworna, zaliczał serie spalonych wejść w korytarz, wychodził przed ostatnią tyczką i ogólnie coś nam nie grało. Dzisiaj jednak wszystkie niepoustawiane wczoraj klepki wróciły na swoje miejsca i było perfekcyjnie. Zaczęłam testować różne dziwne wejścia. Pod kątem idzie mu nieźle (Rasta lepiej wchodzi w slalom z lewej strony, kiedy musi ominąć barkiem pierwszą z tyczek; Smok zupełnie odwrotnie. Nie kumam, ale wydaje mi się to mniejszym problemem, więc chyba dobrze to rokuje). Dodałam więc różne dziwne.. odległości. Jak widać, Smoczyca nie ma nic przeciwko:

 

Później zrobiłam z nim ćwiczenie na trzech wysokich hopkach (55 cm, więc niższe niż przy set pointach). 90% treningu wykonał idealnie jak nigdy. Zaniepokojona tym faktem ( 🙂 ) postanowiłam podnieść mu poprzeczkę- tym razem metaforycznie. Zaczęłam się więc poruszać- i to jest to, co na tę chwilę jest dla niego najtrudniejsze. Co tam wysokie tyczki, co tam ciasne zakręty albo nierówne odległości między przeszkodami- ze wszystkim świetnie sobie radzi, ale nie z moimi dzikimi ruchami na torze. Już czuję, że mam przy nim przyspieszony kurs ogarniania swoich kończyn, swobodnie poruszających się we wszystkich kierunkach naraz.Jestem jednak dobrej myśli, bo Smok jest przyszłym mistrzem galaktyki i bardzo się stara robić wszystko perfekcyjnie. Przyznam szczerze, że idzie mu to całkiem nieźle.
Nigdy nie miał tyle ruchu i zajęcia intelektualnego jak tutaj, a mimo to poza treningami jest cały czas nie do zmęczenia. Co prawda wieczorem zasypia jak niemowlę, ale przez cały boży dzień jest gotowy do akcji. Nie było jeszcze dnia, żeby po skończonej sesji na slalomie czy na hopkach nie przynosił mi piłki przez kolejne kilkanaście minut. Gdzie to zwierzę ma baterie? Na półmetku pobytu w Grzybnie nie widać po nim ani cienia zmęczenia codzienną robotą i codziennym bardzo aktywnym wypoczynkiem, a jakość jego pracy nie obniżyła się nawet o jeden promil. Bardzo się cieszę, że ma już 17 dorosłych miesięcy i mogę go w ten sposób eksploatować (choć żadnego hardkoru mu nie funduję, po prostu bardzo aktywne wakacje) i sprawdzać. Jestem ciekawa jak będzie po czterech tygodniach i czy po powrocie do Warszawy będzie tydzień odsypiał.
Ja na swoje doładowanie też nie mogę narzekać, choć bywało lepiej. Wczoraj poszłam spać późno jak na siebie (przed północą, a to już mój grzybnowski rekord), wyszłam z łóżka o szóstej rano, a pół godziny później poszłam biegać. Robienie treningu rytmowego na czczo nie jest może najszczęśliwszym pomysłem, ale wiedziałam że mam do wykonania tylko jedną niedługą serię przyspieszeń, ogólny kilometraż wyjdzie także niewielki, więc wybranie się na bieganie bez paliwa było znacznie lepszym pomysłem niż ryzyko wywrócenia wnętrzności na drugą stronę podczas biegania dwusetek.
To był mój pierwszy rytmowy trening na płaskim po gigantycznie długiej (ponad półtorarocznej) przerwie, więc siłą rzeczy trochę się go obawiałam. Ostatnie podbiegi pod wąwóz, jeśli wierzyć zapisowi z treningu sprzed dwóch lat, robiłam znacznie wolniej niż kiedyś (to było sto kilo temu). Jest nadzieja, że tamten odcinek był krótszy; jest to wręcz nie do uwierzenia, żebym w tym roku mogła biegać aż o tyle wolniej, nawet pomimo faktu, że wtedy byłam w mocnym treningu z dużą ilością akcentów szybkościowych i siłowych, a teraz jestem w czarnej du..zupie i praktycznie zaczynam całą zabawę od nowa. Do czego jednak zmierzam: miałam dziś do zrobienia krótką serię rytmów: 100m, 200m, 300m i z powrotem. Tak jak przypuszczałam, po zrobieniu zadania wydyszałam do Wojtka, że mogłabym zrobić jeszcze drugą taką serię. Niemniej jest ryzyko, że na następnej trzysetce bym zginęła marnie, ponieważ.. na pierwszej (i zarazem ostatniej dziś) osiągnęłam tętno 186 ud/min! Jeśli dać wiarę przelicznikowi HRmax=220-wiek oznacza to, że dobiłam do 94% tętna maksymalnego. Trochę to smutne, że tak szybko mi poszło (o tyle większe jest ryzyko, że na kolejnej trzysetce bym zdechła), ale z drugiej strony wszystkie rytmy zrobiłam równiutko, a trzysetka była nawet trochę szybsza niż trzykrotnie pomnożone tempo na 100m. Co bardzo pozytywne, biegałam lepiej niż kiedyś, a nawet kiedy czułam już straszne zatkanie (po słupku wyznaczającym koniec drugiej setki miałam już zawał i zapaść) nie miałam psychofizycznej potrzeby zwolnienia.
 Na siłowni zrobiłam ten sam trening co tydzień temu; był tak samo ciężki, ale uczucie gąbki i waty w mięśniach na szczęście jest trochę mniejsze niż poprzednio.
Późnym popołudniem zrobiłam jeszcze delikatny trening (jeśli to można tak nazwać- była to raczej wesoła rekreacja) rowerowo-pływacki. Jak zwykle dojechaliśmy rowerami przez las nad jezioro, tam ubrałam się w piankę, popływałam i z powrotem. Znowu zrobiłam tylko kilometr w wodzie, może nie jakoś strasznie ślamazarny (Garmin pokazał ~1:55min/100m, realnie było trochę szybciej, bo pływałam po prostej tam i z powrotem, a zawrotki liczył jako stanie w miejscu), ale to jednak niedużo. Szczęśliwie udało mi się dziś skupić na czymś innym niż samym płynięciu, więc minęło szybko i nie myślałam o potworach. Niestety raz wpłynęłam w jakieś małe rybki (?????)- chyba się zgubiły, że tak daleko od brzegu je wywiało.. – i od razu mi się zrobiło gorzej, jak pomyślałam, że którąś mogłabym zassać ustami albo nosem. Bleeeech.
Przy okazji znalazłam dzisiaj na stronie Herbalife swoje zdjęcie z treningu w morzu w przeddzień triathlonu. Nie ma to jak pianka o dwa rozmiary za duża- wyglądam jak w wielkim worku pełnym wody i zaiste w czymś takim jestem 😉 Stylówę ratuje czepek Mastersów w połączeniu z okularkami HUUB. A więc zdjęcie trzyma fason- ale tylko od góry do napisu ‚Orca’ na piersi 😉

Dodaj komentarz