Taką pogodę lubię, niech zostanie do września. Albo do listopada. A najlepiej do maja, a potem niech będzie coraz cieplej.

Czternaście dni w Grzybnie za nami. Brzmi to źle, bo oznacza półmetek pobytu tutaj. Ja nie chcę wracać do miasta, Jezu, jak ja strasznie tego nie chcę!!! Nawet pomimo tego, że w kranie w łazience na dole nie leci woda i muszę myć zęby pod prysznicem. Pomimo tego, że dziś po wsypaniu Kreta do zatkanego zlewu w kuchni przepaliło rurę i woda z najbardziej żrącym specyfikiem świata wylała nam się na podłogę, co oznacza, że przez kolejnych kilka dni nie możemy wpuścić do tego pomieszczenia psów. Pomimo tego, że włączanie pralki jest dyscypliną wyczynową, na codzień trzeba prać ręcznie, a jeśli nie ma akurat cudownej pogody, to ubrania schną tygodniami. I także pomimo tego, że wyprawa do Trójmiasta jest zawsze kilkugodzinną wycieczką i na dłuższą metę można by tu zdziczeć.



Więcej wad w Grzybnie nie zidentyfikowałam. Mieszkanie w środku miasta ma za to pełno wad, a największą z nich jest konieczność wychodzenia z psami pośród sąsiadów i ich przeróżnego usposobienia zwierzęta. Będzie mi też strasznie brakowało możliwości wyjścia na dwór i położenia się na kocu w ogrodzie kiedy tylko zapragnę.. Borderom zresztą też.

Psy zaliczyły dzisiaj bardzo owocny treningowo dzień. Rasta właściwie robiła za psa testowego, ponieważ nagrywam teraz każdą sesję z hopkami i mam ciekawe porównanie poruszania się moich psów. Z Rastą uskuteczniam również wymyślne sekwencje na stacjonatach, bo Smok ma od tychże tymczasowy odwyk. Właśnie zmontowałam długi film z naszych dzisiejszych poczynań i zapisuje go na komputerze. W nocy wgram to na YouTube’a, gdyż od północy do dziewiątej rano mam nielimitowany transfer- a ten się przyda, bo filmidło ma prawie 10 minut. Ciekawych i wytrwałych zapraszam jutro po link na PW 🙂

Jeśli chodzi o moje treningi, to Wojtek twierdzi, że od kilku notek wkrada się w moje wypociny dekadentyzm. Chyba coś w tym jest, choć wcześniej tego nie zauważałam. Niestety dzisiaj znowu będzie werterowsko, ale postaram się wpleść w opowieści odrobinę optymizmu..
Rano 10 km rozbiegania. W razie bolącej prawej nogi miałam skrócić do 5, ale zaczęło mnie ciągnąć na piątym kilometrze, więc nie było już czego skracać. Głupia jest ta noga jak but, mogłaby w końcu przestać odwalać manianę. No ale nieważne- da się biegać, nie ma tragedii, obawiam się tylko co będzie na szybszych treningach (których mam nadzieję tutaj uszczknąć…). Biegło mi się.. no, jak zwykle (pilnie potrzebuję wytopu… czy ktoś wie gdzie można kupić wytop??????), wraz z upływem czasu coraz mniej fajnie. I tak z perspektywy ostatnich miesięcy jest świetnie, bo wreszcie dobijam do ~50 km biegu tygodniowo (wcześniej maksymalnie 30), tempo nie jest bardziej żałosne niż na płaskich ulicach w Warszawie, a wyjście na 5-6 km już nie jest dla mnie psychicznym wyzwaniem. Zmierza ku dobremu, ale już tak długo zmierza, zamiast zapierdzielać, że jestem tym już i tak mocno zestresowana.

Po bieganiu, plankach i rozciąganiu zrobiłam pierwszy z dwóch dzisiejszych treningów z psami: slalom i set pointy. Wszystko nagrane. Później symultanicznie wygrzewałam się na kocu pod domem, rzucałam Smoczkowi piłkę i zajmowałam się robotą komputerową. Poczekałam aż Wojtek wróci z treningu z Esem i zebrałam się na krótki trening rowerowy. Dziś powinnam była głównie odpoczywać, ale miałam z tą nieszczęsną pętlą do pogadania..

Z drogi śledzie.. trzepak tysiąclecia jedzie!!!
 Było zdecydowanie lepiej niż wczoraj (lecz czy mogło być jeszcze gorzej?), nie tylko dlatego że o połowę krócej. Bez szału jednak. Jakiś zmęcz się we mnie jeszcze tli, zbliżając się do podjazdu nie mam woli i chęci do zaorania go, więc prędkość znowu nie była powalająca (kilometr na godzinę szybciej niż wczoraj, ale tyle samo poniżej najszybszego, czyli debiutanckiego przejazdu po tej pętli). Ogólnie jednak pozytywnie, bo rozmówiłam się z wczorajszą traską i przekazałam jej jasną informację, że wcale mnie wczoraj nie zabiła. I jeszcze na nią wrócę!
Spalaro, przybywaj, bo już nawet znak ostrzegawczy na mnie postawili

Reszta dnia upłynęła nad wyraz spokojnie, wczesnym wieczorem zrobiłam z psami drugi trening. Wczoraj Smok dostał rano tylko krótką sesję na slalomie, a cały pozostały dzień odpoczywał. Efekt oczywisty: dziś rano, jak tylko wyszłam na bieganie, rozpruł kolejny materac i usłał pokój puzzlami z gąbki. Ja rozumiem, że pobyt w Grzybnie odmładza psy przynajmniej o połowę, ale on chyba trochę przesadza. I jak zwykle gdy wróciłam do domu i zapytałam „KTO TO ZROBIŁ?!”, rozpłaszczył się na podłodze, zwinął w kłębek, prawie zapłakał rzewnymi łzami i umarł ze wstydu. Jest beznadziejny, bo nie potrafię się na niego złościć dłużej niż 20 sekund…

Jednak w kwestii treningów jest niepokonany. Myślałam że Rastuszka stara się najbardziej na świecie, ale Smoczuś chyba stara się jeszcze mocniej. Co by się nie działo, trenowanie z nim jest stuprocentową przyjemnością. Mój mały mistrz galaktyki in spe!

Dodaj komentarz