Czy wiecie, że o piątej rano jest teraz ciemno?
Dziś spotkało mnie bolesne zderzenie z rzeczywistością. Pół godziny później, czyli wtedy kiedy zazwyczaj wstaję, jest już bardziej poranek niż noc, a dziś.. no właśnie. Już mnie to boli, bo przypomina o nieuchronnie zbliżającej się zimie. Pamiętam, jak o 6:30 (zupełnie po ciemku) wychodziłam zimą na długie rozbiegania i  mijałam ludzi, skostniałych z zimna na przystankach autobusowych… Znowu będzie to samo, znowu będzie się odbywać codzienna walka ducha z materią- i oby duch zawsze wygrywał. Zima jest znacznie łatwiejsza do przeżycia, kiedy idzie się przez nią z jasnym celem: porządnie trenować. Ciemności zawsze wpływają na mnie depresyjnie, podobnie jak wszelkie niedogodności treningowe spowodowane przez zimny i krótki dzień. Aż nie chce mi się o tym teraz myśleć. A więc nie będę. Cieszę się latem.



Eee, no dobra, dzisiaj to było naprawdę trudne. Po kilku dniach piekących upałów przyszedł dzień ochłodzenia. Tylko dlaczego musiał przyjść akurat w dniu, w którym z samego rana miałam wskoczyć do morza? Na ósmą w Gdyni był zaplanowany trening w morzu, prowadzony przez Marię Cześnik i jej trenera, Marcina Słomę, na trasie jutrzejszego Herbalife Triathlonu. Uznaliśmy wczoraj zgodnie, że to może być dla mnie cenne doświadczenie, więc spakowaliśmy piankę do super lansiarskiego plecaka HUUBa i pojechaliśmy. Wyjeżdżaliśmy z Grzybna z nadzieją, że 25 km dalej, w Gdyni, jest sucho. Nic z tego. O 7:20 wytoczyłam się z samochodu i poczułam, jak uderza mnie fala zimna; szłam w kierunku morza szczękając zębami. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, że za parę chwil świadomie i dobrowolnie wskoczę do wody. Nienawidzę zimna. Zimno mnie boli, wyłącza mózg i wszystko inne, mam po prostu zimnofobię. Co prawda w porównaniu do czasów, kiedy najbardziej cierpiałam z powodu wszechpożerającego zimna miałam jakieś 6 razy mniej tłuszczu w organizmie niż teraz, ale to nie zmienia faktu, że jestem wyjątkowo wrażliwa na chłód i zamarzam nieprzeciętnie szybko.

Jednak kiedy w końcu ubrałam się w piankę i weszłam do morza, okazało się, że woda jest tak ciepła jak powietrze! Co za przemiła niespodzianka- w tym momencie plan pływania zupełnie przestał być straszny. Dlaczego ja wcześniej tego nie sprawdziłam…

W ciągu kolejnych minut nad morzem zebrała się całkiem spora grupa triathlonistów. Niestety, nie udało się wypełnić żadnego z dwóch założeń, na jakie najbardziej liczyłam w kwestii dzisiejszego treningu: po pierwsze- posłuchać o treningu dwukrotnej olimpijki, po drugie- popływać w dużej grupie ludzi. Na plażę przyjechał dziś tylko trener Marii Cześnik, a formuła treningu polegała na tym, że po prostu każdy pływał swoje. Nie miałam się z kim ‚ustawić’, bo nie było nikogo znajomego- kilka razy próbowałam płynąć z innymi osobami, ale raz grupa odpłynęła mi zygzakiem z linii prowadzącej do bojki, a innym razem po prostu w połowie drogi do boi zatrzymała się i zawróciła do brzegu. Pływałam więc sama. Nie wzięłam do wody Garmina, bo sądziłam, że będzie kocioł (upragniony!) i mogę go stracić w morskich otchłaniach, więc nie wiem, ile przepłynęłam. Zrobiłam trzy albo cztery kursy między porozstawianymi bojami, ćwicząc przy okazji ciasne omijanie boi przez plecy.
Wrażenie ogólne z pływania w morzu: rewelacja! Czysto, przejrzyście, ciepło, absolutnie bez fali. Na głębokiej wodzie było sporo meduz, ale pojedynczych i nie chciały się zaprzyjaźniać.
Po raz pierwszy w tym roku pływałam w piance i muszę stwierdzić, że to jest zupełnie inny świat niż w samym stroju pływackim. Ogromna różnica w wyporności, prędkości, komforcie płynięcia. Udało mi się nawet w miarę sprawnie ubrać w swoją Orcę i zdjąć ją po wyjściu z wody (!), ale zostałam uświadomiona, że nie powinnam się z tego nadmiernie cieszyć, bo pianka jest na mnie za duża o dwa rozmiary. Nie mam więc pojęcia, jak ja założę dobrze dobraną piankę, ale jestem pewna, że nigdy już jej z siebie nie zdejmę. Boże, dlaczego to jest takie trudne!

Przy okazji poznaliśmy dyrektora zawodów, pana Piotra Nettera. Przyszedł do nas trojga, stojących na brzegu przed treningiem, uścisnął nam dłonie, opowiedział o przygotowaniach do jutrzejszych zawodów. Bardzo sympatycznie! Jestem bardzo ciekawa, jak będzie wyglądała ta wielka impreza, bo otoczka wokół niej jest imponująca. Jutro jedziemy popatrzeć, podziwiać i kibicować.

Na plaży w Gdyni nie pozostałam niezauważona
Gdy wracaliśmy do domu, nadal padało.. Przez to niewielu ludzi wychodziło z domów- było więc pusto, cicho, spokojnie.. A to sprzyja pojawianiu się „na widoku” różnych ciekawych istot. Dziś obok drogi w Grzybnie spotkaliśmy rodzinę sarenek- tatę, mamę i małego Bambi (w każdym razie tak właśnie je określiliśmy :-)). Zobaczyły samochód i zaczęły uciekać- zatrzymaliśmy się, żeby zrobić im zdjęcie, a one wtedy stanęły, jakby powiedziały sobie „hej, chodźcie, ustawmy się do fotki!”. Chwilę postały i pobiegły dalej. Miło z ich strony!
Malutki Bambi pozował równie ładnie co jego rodzice, ale jego wojenne barwy zapewniły mu lepszy kamuflaż 😉
Niedługo po dotarciu do domu okazało się, że jednak zdążyłam potężnie zmarznąć- gwałtownie ogarnął mnie sen roku, a może nawet stulecia. Wpadłam do łóżka pod kołdrę, w bluzie i w skarpetkach- i oczywiście z towarzyszem Smokiem. To jest jednak najsłodsza istota na świecie. Założę się, że chciało mu się biegać i skakać, ale wiernie wspierał mnie w drzemaniu, trzymając głowę na moim ramieniu.
Spaliśmy tak godzinę, ale kiedy się obudziłam, wcale nie czułam się wyspana.. Zazwyczaj w ciągu dnia, jeśli już mnie ścina, śpię 15-20 minut i czuję się jak nowo narodzona- dzisiaj czułam się raczej tak, jakbym tylko na chwilę zbudziła się w środku nocy. Jakoś jednak udało mi się wstać (deszcz przestawał padać, ale nadal było okropnie), powoli się ogarnęłam i.. ruszyliśmy na rowery.
I znowu zostało zrealizowanie zamówienie na świetną pogodę. Tylko zaczęliśmy wystawiać rowery pod dom, a już świeciło piękne słońce. Przestało dopiero po powrocie, czyli po 1,5 godzinie. Chcieliśmy jechać do Sianowa, ale w Hucie Sianowskiej zgubiliśmy się i skręciliśmy nie w tym kierunku, więc wycieczka trochę nam się skróciła. Tak czy inaczej było bardzo sympatycznie.
Czy ja już wspominałam, że tu jest nieprzyzwoicie pięknie…?
Po powrocie przyszła pora na zajęcie się psami, czyli na trening slalomu. Odrobinę zsunęłam Smokowi korytarz; już ewidentnie obija się o tyczki. Niestety tłucze się o nie dość mocno i widzę że trochę go to zaskakuje. Mam nadzieję, że jego rzędy wystających z każdej strony żeber nie cierpią na tym. Cóż, metoda tunelowa ma swoje wady..
Ogólnie rzecz biorąc jestem bardzo zadowolona z dzisiejszej sesji, bo:
– ani razu nie wylazł przed ostatnią tyczką,
– wysyła się pięknie do slalomu przez hopkę, podczas gdy ja stoję w miejscu przed w/w,
– dodałam slalom po hopce od zewnątrz albo po ciasnym skręcie i jest lepiej (nie zawsze wchodzi, ale zaczyna rozkminiać, o co chodzi),
– zrobiłam pierwsze wysłania pod delikatnym kątem i tylko raz nie umiał wejść w slalom- zdecydowanie załapał już, czego od niego wtedy chcę. Poprzednio jeszcze nie ogarniał, że korytarz nie na wprost to nadal rząd tyczek, w które trzeba wejść z odpowiedniej strony.
Na parę chwil wzięłam też Rastę. Rasta dużo szczeka, mało myśli i szybko się frustruje (a to samo nakręcające się koło), ale i tak jest słodka. Po rozsuniętym slalomie pomyka jak szalona, wysyłając się niemal na orbitę okołoziemską. Szalenie duży problem sprawia jej od zawsze wejście w slalom z prawej strony pod kątem- dzisiaj próbowałam z nią tego manewru i nawet obiecująco to wyglądało.
Po sesji na slalomie zajęła się polowaniem na żabę.. Znalazła sobie wielkiego płaza w ogródku i na przeszło pół godziny zamieniła się w psa tropiącego. W tym samym czasie ja robiłam planki i rozciągałam się na kocu w pobliżu, a Smok niezmordowanie rzucał we mnie swoją (najcięższą, ech..) piłką. On jest po prostu nie do zmęczenia.. Wytrwale trąca i podrzuca piłkę tak długo, aż wreszcie mu ją rzucę- i znowu to samo. Ciekawe, jak długo musiałby to robić, żeby mu się znudziło.
Tak na marginesie: ulubiona grzybnowska zabawa moich psów nazywa się „polowanie na kropelki”. Cóż, nie wymagajmy od borderów zbyt wiele- w końcu ta rasa ma jedynie pierwsze miejsce w każdym rankingu na najinteligentniejsze psy na świecie.

Ehm…

 Na sam koniec napiszę jeszcze, że dzisiaj w ciągu dnia znowu zagrała nam gitarka znad szafy. Tym razem jednak nie przeszedł po niej żaden świerszcz. W środku białego dnia nie było to tak przerażające jak w nocy, ale i tak zastanawiamy się, o co jej w ogóle chodzi. Wczoraj to było wytłumaczalne, ale dzisiaj nie mam urodzin, więc na cholerę sama gra?
Właśnie, właśnie- dziękuję wszystkim za życzenia, również te spóźnione, na moje 23-lecie. Fejsbuk to miła maszyna 🙂

Dodaj komentarz