Znowu mamy Internet w tytule, co nie znaczy, że poszukiwanie możliwości podłączenia się do sieci rzeczywiście zajmuje większą część mojego dnia. Nie ukrywam jednak, że w tym roku połączenie jest dla mnie niezbędne, dlatego bardzo stresował mnie fakt niemożności znalezienia: a) routera, b) kabla, c) klucza do garażu, d) innego kabla (chyba w tej kolejności).
Największy problem polega na tym, że w Grzybnie JEST stałe łącze, tylko kabel się zdematerializował. Kilka razy myśleliśmy, że jesteśmy wygrani w tej walce, jednak rzeczywistość okazała się brutalna i nasze starania spełzły na niczym. Dzisiaj już dwa razy przerzucaliśmy kabel sieciowy przez dach kurnika, znaleźliśmy klucz do garażu (w miejscu, w którym nigdy nie przyszłoby mi do głowy go szukać), wykonaliśmy parę telefonów do Hiszpanii i Włoch, a potem… pojechaliśmy do Kartuz, aby zakupić starter Play za 19 złotych. I na tym przyszło nam zakończyć ten ciąg zmagań. Nie jest źle, sieć Playa naprawdę daje radę, choć ubolewam, że do września nie ma mowy o oglądaniu filmów z YouTube’a i innych ciężkich transferowo przyjemnościach.


Wojtek robi Internety na dachu 🙂

Jeśli chodzi o treningi, to dzisiejszy dzień był zupełnie osobliwy, bo.. beztreningowy. A to się zdarza naprawdę rzadko. Wyspałam się za wszystkie czasy, to znaczy do 7:15 :-), porządnie się porozciągałam i zrobiłam porcję rozszerzonych planków pod domem.. i na tym kończy się wpis do mojego dziennika treningowego. Częściowo było to w planie (bez biegania), częściowo tak po prostu wyszło (mieliśmy jechać na rowery, ale tak nam się dzień i okoliczności poukładały, że nie pojechaliśmy), a wieczorem nie miałam jakoś ciśnienia na pływanie w jeziorze (trener Endrju powtarzał: w sierpniu pływaj tylko for fun- a więc dzisiaj olałam, skoro nie czułam, że będzie super fun). Fenomen Grzybna polega jednak na tym, że nawet kiedy nie trenuję, to nie mam ani chwili na nudę. Cały czas coś robię i jestem w ruchu.

Najważniejsze, żeby pies i jego właściciel mieli wspólne zainteresowania… 

Dzisiaj zaliczyliśmy z pieskami nawet dwa treningi agility- poranny i wieczorny. Rano Kamowa ustawiła nam ćwiczenie z hopkami i tunelem, bordery porządnie się wybiegały. Wieczorem Smok dostał ćwiczenia na technikę skoku, a Rasta cztery hopki ustawione po kwadracie. Smoczuś jak zwykle stwierdził, że jest niezniszczalny i może biegać do upadłego i jeszcze trochę. Rasta za to wręcz przeciwnie- co prawda kiedy biega sama, w super komfortowych warunkach, jakie tu mamy, jest dużo lepiej niż na normalnym placu treningowym, ale widzę ogromną różnicę między kondycją i warunkami psychofizycznymi Smoka i Rasty. Niemniej Rastusia bardzo, ale to bardzo się stara. Skacze hopki na takiej samej wysokości jak Smoczek (40 cm) i nawet nie zrzuca zbyt dużo, a co więcej, całkiem ładnie pogina.

Pieski zażywają też niekiedy trochę relaksu..

Smok jest na tyle zdeterminowany, żeby biegać, biegać i BIEGAĆ, że postanowił dziś przyjść do nas na tor pomimo zamkniętych drzwi do domu. Nie muszę chyba nic więcej dodawać- sami zobaczcie.. 😉

Chętnie wstawiłabym więcej filmików, bo jest co pokazywać, ale ograniczony transfer by mi tego nie wybaczył. Muszę się z tym trochę wstrzymać, chyba że zaprzyjaźnię się z siecią w magazynku na środku kurniku. Chyba i tak będę musiała to uczynić, bo zamierzamy nakręcić trochę materiału z niedzielnego Herbalife Triathlon. Jutro jedziemy już na miejsce zawodów na bikefitting i na expo. Stay tuned 🙂

Dodaj komentarz