Jeszcze do jutra mamy bardzo słaby Internet przez telefon, więc wrzucam wpis z opóźnieniem.

Wczoraj był ‚dzień zero’ naszej grzybnowskiej przygody. ‚Zero’, bo poświęcony był głównie na podróż, zorganizowanie się na miejscu, robienie zakupów i tym podobne nieprzyjemności. Nie obfitował w trening, również dlatego, że niecałe trzy godziny snu, wyjątkowo męcząca podróż i wariujące ciśnienie dały mi się we znaki i czułam się trochę jak zwłoki.
Zacznijmy od początku. Położyłam się o wpół do dwunastej, budziki mieliśmy nastawione na drugą. Niestety tym razem zadzwonił tylko jeden z nich, Wojtkowy, bo ja nastawiłam swój na piątek, a nie na sobotę (BRAWO!).. Niemniej udało się nam pomyślnie wstać, zapakować samochód (zaledwie pięć kursów mieszkanie – auto; spodziewałam się piętnastu) i wyjechać o 3:30 spod bloku.



Pierwsze półtorej godziny podróży upłynęły przyjemnie i bezproblemowo. Wojtek twierdził, że dojedziemy na miejsce w mniej niż pięć godzin. Zdarzyło się jednak coś, czego nie przewidziałabym w najśmielszych snach: o piątej rano stanęliśmy w ogromnym korku na autostradzie a1. W ciągu godziny i piętnastu minut przejechaliśmy niecałe trzy kilometry. Zastanawialiśmy się, jak poważny wypadek musiał się zdarzyć przed nami, że jest aż taki paraliż. Spodziewaliśmy się zobaczyć karambol, potłuczone samochody, karetki i wozy strażackie, więc nasze zaskoczenie było ogromne, gdy okazało się, że korek był spowodowany…..
…sygnalizacją świetlną.
Tak!!! Nie żartuję. Staliśmy godzinę w kolejce do świateł. Takie rzeczy to chyba tylko w Polsce..
Po przejechaniu feralnego skrzyżowania byliśmy przekonani, że najgorsze już za nami. Niestety, niedługo później stanęliśmy w następnym korku, a potem jeszcze jednym.. Na domiar złego nie mogliśmy zatrzymać się na żadnej stacji benzynowej ani postojowej, bo wszystkie były zatłoczone jak parkingi podziemne w warszawskich centrach handlowych. Wygląda na to, że cały naród ruszył nad polskie morze. Podobno pisano coś na portalach internetowych na temat tych koszmarnych utrudnień na wszystkich drogach prowadzących w stronę Gdańska, ale do jutra nie będzie mi dane się z nimi zapoznać (Internet chodzi jak ślimor).

Ogólne podsumowanie podróży: dramat. Zamiast planowanych 4-5 godzin jazdy siedzieliśmy w aucie 7,5 godziny. Potem- wiadomo. Rozpakowanie, wielkie zakupy, zorganizowanie się na miejscu. Po południu ucięłam sobie krótką drzemkę w najlepszych możliwych okolicznościach przyrody- na kocu w ogrodzie w pełnym słońcu. Cisza aż pulsuje hukiem w uszach. Przyzwyczaiłam się, że kiedy zasypiam, słyszę samochody pomykające po krajowej siódemce, a tu słyszę tylko wiatr, ptaki, świerszcze (i co jakiś czas kosiarkę u sąsiada)..
Wieczorem namówiłam Wojtka na krótki wypad rowerowy, a w moim przypadku rekreacyjne i delikatne wprowadzenie do zakładki pływanie-rower. Do tej pory wiele razy jeździłam rowerem na basen, ale w wodzie otwartej jeszcze nie miałam okazji popływać po rowerze. Pojechaliśmy więc góralami nad Białe, tam popływałam sobie chwilę na zapoznanie się z wodą (~1.1 km) i wróciliśmy. Pianka znowu nie miała okazji się przydać, bo woda- choć nie tak ciepła jak tydzień temu w Czerniakowskim- była naprawdę przyjemna. Co więcej, nikt nie wypłynął tak daleko jak ja (choć i ja byłam blisko), więc miałam spokój i mogłam się skupić na płynięciu, a nie rozglądaniu się na boki.
A psy.. Oczywiście psy są w raju. 24 godziny na dobę gotowe do akcji. Gdyby Smok był człowiekiem, to wczoraj przez pół dnia biegał by po posesji krzycząc ‚alefajnie alefajnie!’. Rasta też zachowuje się jakby miała siedem miesięcy, a nie siedem lat. Dzień upłynął im na bieganiu za frisbee, aportowaniu piłki, atakowaniu wody z węża ogrodowego 🙂 i bieganiu za mną po domu, co też z pewnością dołożyło im kilometrażu. Dziś od świtu znowu to samo- „zacznijmy już nowy dzień, no chodź!”. A więc zaczynamy oficjalny „dzień pierwszy” Projektu Grzybno 🙂

2 Comments »

Dodaj komentarz