W tytule nie ma błędu. Chodzi o szlak. Taki w Kampinoskim Parku Narodowym. Ale od początku..

Jak pewnie większość Czytelników zdążyła się już zorientować, jestem absolutnie zakręcona na punkcie moich ukochanych Giantów. W zeszłym roku kupiłam swoją pierwszą szosówkę, w której od razu się zakochałam. Od początku jednak zdawałam sobie sprawę z tego, że moja technika jazdy kuleje i nie od razu będę podbijać na niej świat. Upust swojego entuzjazmu dawałam na wycieczkach z Wojtkiem, który przez pełne dwa tygodnie wstawał bladym świtem, aby jeździć ze mną po pętlach (i przed każdym skrzyżowaniem krzyczeć: „uważaj, czerwone! wypnij się z prawego! ja cię osłaniam!”). Po ‚okresie kwarantanny’ mogłam już jeździć sama i.. do tej pory mi ta samotna jazda została. Każdy pomysł na jeżdżenie w (najwyżej dwuosobowym!) towarzystwie rozpatruję godzinami, a jeśli już zamierzam wybrać się na trening z kimś, to ostrzegam, że:
– nie polecam jeżdżenia mi na kole, bo chociaż staram się być dobrym przewodnikiem i pokazywać każdą dziurę w asfalcie oraz nie hamować gwałtownie, to jednak jestem straszną sierotą, na zakrętach wyrzuca mnie na orbitę pozaziemską, pod wiatr jeżdżę jakbym ciągnęła stukilową oponę za sobą itp;
– nie potrafię jeździć komuś na kole, więc właściwie nie robi mi różnicy, czy jadę pierwsza czy druga (to się powoli zmienia i już umiem schować się za czyimiś plecami- ale nadal łatwo mnie urwać, bo trzymam przynajmniej trzykrotnie większą odległość niż ta, w której można mówić o prawdziwym draftingu).



Generalnie jednak uskuteczniam samotność długodystansowca. Ma to pewne wady, ale ma też kilka zalet. Rozpiszę się o tym kiedy indziej. Wszystko to jednak dlatego, że mój trener Wojtek uważa, że moje jeżdżenie z grupą kolarską mogłoby się skończyć tragicznie i dla mnie, i dla osób jadących w pobliżu mnie.

Co wymyślił więc Wojtek? Otóż stwierdził, że to, czego mi brakuje na rowerze, to- kolejność przypadkowa- moc, technika, dynamika, pewność i ‚czucie’ roweru. Skoro w najbliższym czasie nie będę miała szansy poprawić tego poprzez jazdę w peletonie, to mogę pracować nad tym.. na rowerze górskim!

‚Roboty leśne’ zintensyfikowały się po zakupieniu cudnego rumaka, Gianta XTC (o jego zaletach i wadach też postaram się za jakiś czas napisać, bo zdecydowanie warto poznać bliżej ten rower). Posiadanie tak fantastycznej maszyny bardzo motywuje do trenowania czegoś, co w swojej istocie jest dla mnie trudne. A jest doprawdy ze wszech miar skomplikowane.
Nie wiem, co gra tutaj większą rolę- to, że mam wymagającego nauczyciela (Wojtek śmiga po takich przeszkodach, że patrząc na to zbieram szczękę ze ściółki leśnej), czy to, że jestem wyjątkową pierdołą. Scenariusz bardziej skomplikowanych lekcji jest zaskakująco jednorodny: dojeżdżamy do danego miejsca w lesie, Wojtek pokazuje mi coś, o czym w ogóle nie pomyślałabym, że można i należy po tym jeździć rowerem. Mówi: „no dobra, to wjeżdżasz/zjeżdżasz/przejeżdżasz tu”, a ja mówię mu, co o nim myślę (i nie jest to nic dobrego). Wojtek z miną pokerzysty potwierdza, że to jest zadanie dla mnie. Podejmuję więc próbę wjazdu, zjazdu bądź przejazdu, uprzednio przypominając Wojtkowi, że ma mnie łapać (użytkowanie spd nadal ma dla mnie trochę tajemnic). Zazwyczaj zatrzymuję się w połowie (w przypadku zjazdu po prostu hamuję w ostatniej chwili na wzgórzu), krzyczę/jęczę „AAAAAAAA ŁAP MNIE” i będąc już złapana w objęcia niezawodnego wybawcy, wypinam się z pedałów i raz jeszcze wyrażam swoją dezaprobatę w stosunku do zadania oraz swoich możliwości wykonania tegoż. Ta sekwencja zdarzeń powtarza się mniej więcej cztery razy; po trzecim zaczynam płakać, przy czwartym już nie mogę oddychać zatkana smarkami, a za piątym razem wykonuję robotę. Duma i satysfakcja rozpierają mnie tylko przez parę minut, bo potem słyszę „no dobra, to teraz wjeżdżaj tu- może ci koło myszkować, a pod koniec cię trochę podniesie, no i uważaj na ten wielki korzeń.. ale nic się nie martw, ja cię łapię”.

W rzeczy samej, treningi techniki mtb są dla mnie naprawdę trudne i psychicznie wyczerpujące (chyba dokładnie to samo mógłby powiedzieć Wojtek..). Widzę postęp, ale jeszcze wiele brakuje mi do poziomu, który będzie satysfakcjonował mnie i jego. Nigdy nie będę zawodniczką mtb, ale chcielibyśmy, żebym wystartowała kiedyś w płaskich zawodach mtb oraz- przede wszystkim- w uphillu. Na zjazdach bowiem umieram, ale podczas wjazdów wydolnościowo radzę sobie w miarę dobrze.

Do czego jednak zmierzam (Boże, dlaczego wstęp zamienia mi się zawsze w kilometr tekstu z dwunastoma dygresjami..): muszę przyznać, że trenowanie na góralu rzeczywiście bardzo procentuje w jeździe na szosie. Oczywiście poprzez zasuwanie po lesie nie nauczę się draftingu ani ciasnego pokonywania zakrętów, ale przełajowa jazda niesamowicie poprawia to magiczne ‚czucie roweru’, którego nie da się posiąść jeżdżąc tylko na szosie. No i, nie oszukujmy się, przebywanie w lesie jest o niebo przyjemniejsze niż bycie mijanym przez rozpędzone samochody i tiry. I nie ma znaczenia, w którą stronę wieje wiatr, dręczyciel szosowców. Jest to zatem doskonały trening uzupełniający rowerowo-ogólnorozwojowy, który serdecznie polecam każdemu, kto ma w tych dziedzinach braki.

Naprawdę podziwiam zawodników ścigających się na góralach. Na szosie jesteś Ty, rower, droga, ewentualnie ludzie jadący obok. Moje treningi na rowerze szosowym- oprócz tego, że wyzywam wicher wszelkimi możliwymi przekleństwami- są bardzo płodnym umysłowo czasem. Szosa jest płaska i długa, a ja mam czas na najróżniejsze przemyślenia (i tylko to odróżnia mnie wówczas od chomika w kołowrotku- choć któż to wie, o czym myśli taki chomik). Na mtb jest zupełnie inaczej. Nie masz pewności, co spotka Cię za sekundę, a w mgnieniu oka musisz na to zareagować. Musisz być bezustannie wyczulony, uważny i gotowy. Nawet jeśli wydaje Ci się, że widzisz, co jest przed Tobą, za chwilę może zaskoczyć Cię głęboki piasek czy wystający korzeń, zjazd może okazać się bardziej stromy niż myślałeś, a kamienisty podjazd zbyt wymagający dla Twoich opon. Jazda na rowerze górskim wymaga ciągłego skupienia i choć wierzę, że poziom umiejętności czołowych zawodników pozwala im na niemal instynktowne reagowanie i błyskawiczną ocenę sytuacji, nieustannie ich za to podziwiam, zwłaszcza że jeżdżą w ciasnej grupie.

Wczoraj dwie i pół godziny kręciłam po pętli habdzińskiej na rowerze szosowym, dzisiaj półtorej godziny po lesie. Cieszyłam się na tę dzisiejszą przejażdżkę, bo była mowa, że będziemy sobie spokojnie jeździć po szlaku. Wyobrażałam sobie szeroką rowerostradę, po której będę jechać jak królowa Kampinosu i rozmawiać sobie z towarzyszem Wojtkiem. Nie pomyślałam tylko o jednym- szlak turystyczny to nie szlak rowerowy, a nie zawsze łatwo jest przejechać tam, gdzie łatwo można przejść. Uhm, zaiste. Niech to szlag. Miło było przez kilka pierwszych kilometrów, a potem zaczęła się szkoła przetrwania. Nie zliczę, ile razy musiałam schodzić z roweru, bo przede mną wyrastał na przykład mostek bez bocznych poręczy. Po jednym z nich przejechałam z rozpędu; trwało to kilka sekund, a prawie zdążyłam dostać zawału. Napotkaliśmy też kilkanaście sadzawek, które trzeba było pokonać ‚z buta’ po deskach albo kamieniach, niosąc rower na plecach. Kilka fragmentów pustyni Gobi, które zazwyczaj pokonywaliśmy tylko do pewnego momentu (raz nawet wyglebiłam, i to nie tylko dlatego, że jeżdżę z oponami, które są świetne na góry, ale niekoniecznie na głęboki piach. Było blisko, aby tej gleby uniknąć, ale mój złośliwy pedał wpiął mi się dokładnie wtedy, kiedy chciałam zdjąć z niego stopę..). Niedoschnięte błotne kałuże, których pomyślne pokonanie mogło zagwarantować tylko trafienie kołem w wąski wyżłobiony rowek. I tak dalej, i tak dalej.. Nie muszę chyba wspominać, że byliśmy w Kampinosie trzeci raz i trzeci raz się zgubiliśmy. Tym razem jednak w newralgicznym momencie („Jezu, Wojtek, tu się nie da jechać, ja mam dość, doooooość”) szczęśliwie spotkaliśmy pana, który spaceruje po tym lesie od ponad trzydziestu lat i wytłumaczył nam on z wielkim zaangażowaniem (tak wielkim, że aż rozdarł sobie mapę na pół) dokąd mamy się kierować. Jeżdżąc na szosówce ma się przynajmniej świadomość lokalizacji i tego, że cywilizacja jest blisko. Być w głębokim lesie to czasem jak być w głębokiej.. no, puszczy. Kampinoskiej.

A więc tak właśnie to wygląda, jest fajnie. Wielbię moje rowery, które są tak bardzo różne, że doskonale się uzupełniają. Kiedy walczę z huraganem (który na pętli habdzińskiej prawie zawsze wieje w twarz, mimo że to pętla- ewenement na skalę światową) i jestem zmęczona ruchem drogowym, marzę o przesiadce na leśnego potwora. Po żmudnej jeździe po lesie miło jest wsiąść na moją malutką Giantcinę i pokonywać kolejne kilometry z wiatrem we włosach (i muchami w zębach). A najlepiej jedno po drugim. A tak w ogóle to bieganie i pływanie też jest najlepsze. Ale chyba znowu rozpisałam się tak, że jeśli, drogi Czytelniku, dobrnąłeś do końca tej notki, to jesteś hardkorem i na pewno żadne trudne treningi w lesie nie będą Ci straszne. Polecam.

 

Dodaj komentarz