W tym roku wyjątkowo intensywnie i z nadzwyczajną sobie ciekawością oglądam Tour de France. Długo można by się rozpisywać o tym wyścigu, ale dziś nie chcę pisać o emocjach, jakie towarzyszą zarówno kolarzom, jak i chyba całej Francji. Doping na trasie jest niesamowity- energia kibiców porozstawianych na trasie i wszystko to, co jako widzowie mamy okazję obserwować w telewizji. Piękne, poruszające i wzruszające wydarzenie.

Oglądam jednak TdF z mieszanymi uczuciami. Wszyscy wiedzą dlaczego i pewnie podzielają moje wątpliwości. Słowo-klucz padło już w akapicie wyżej. Chodzi rzecz jasna o doping. Mimo świadomości niesamowitego poziomu wytrenowania zawodników z czołówki, ich niemal nadludzkich możliwości fizycznych i wolicjonalnych, biorąc pod uwagę lata specyficznego treningu i doskonałych predyspozycji genetycznych.. mimo tego wszystkiego- nie wierzę, żeby byli ‚czyści’. Pytanie tylko kto – jeśli ktoś w ogóle – jedzie w tym wyścigu bez ‚turbodopalania’?



Mówi się, że rywalizacja i tak jest równa, bo wszyscy równo dają w palnik. Gdyby nie brali, klasyfikacja wyglądałaby tak samo. Nie zgadzam się z tym. Zdolność organizmu do przetwarzania ‚koksu’ jest oczywiście pewną predyspozycją osobniczą organizmu, ale nie jest i nie powinna być związana ze sportem. Jeśli wyścig Tour de France ma być wyścigiem koncernu farmaceutycznego- sprawdzeniem, kto lepiej zareaguje na nowe mikstury- to przygotowania do niego nie powinny się odbywać na szosach i salach gimnastycznych, ale w aptece.

Sposoby wykrywania dopingu na szczęście idą naprzód. Zwłaszcza paszport biologiczny daje duże nadzieje, że nielegalne wspomaganie będzie coraz częściej i coraz sprawniej demaskowane. Tego życzę sobie i wszystkim wokół. Kolarzom w tourach, żeby nie musieli stawać przed dylematem, czy ryzykować swoje zdrowie, życie i honor, czy wycofać się z kontynuowania kariery mniej lub bardziej bezpośrednio. Wszystkim juniorom, żeby mogli trenować, żeby o ich predyspozycjach decydowały osobnicze walory psychofizyczne, a nie odporność na farmaceutyki. Wszystkim widzom- bo dla nich defacto nie robi różnicy, czy czołówka peletonu jedzie ‚na czysto’ czy nie: dla nas, amatorów tego sportu, i tak absolutnie nie do wyobrażenia jest przetrwanie niemal trzytygodniowej jazdy po górach lub na czasówkach, po odcinkach do 250 km, w upale i wietrze. Ja, jako widz, chciałabym zobaczyć, ile realnie jest w stanie wycisnąć z siebie kolarz na dowolnym etapie, widzieć jego słabości i czyste zwycięstwa. Nie ma dla mnie różnicy, czy pojedzie w czasówce godzinę, czy godzinę i trzy minuty- i tak tego rodzaju wyczyn jest poza zasięgiem mojej wyobraźni.

Z tego samego względu nie zgadzam się z głosami, iż doping w sporcie wyczynowym powinien być legalny. Że dobrze by było wiedzieć, na czym dany kolarz pojechał 240 km z prędkością 50 km/h w drugim tygodniu touru. Co pozwala sprinterom na bieżni osiągać wyśrubowane rekordy. Dlaczego ciało kulturysty wygląda jak spod dłuta rzeźbiarza.
NIE!
Doping należy zwalczać wszelkimi możliwymi sposobami. W przypadku kolarstwa bardziej mam tu na myśli organizacje i dyrektorów sportowych niż samych zawodników wyczynowych. W wielkich tourach w grę wchodzą wielkie pieniądze, a kolarstwo dla kolarza to zawód, sposób życia i zarabiania. Nie popieram decyzji tych, którzy ulegają presji, ale nie chciałabym znaleźć się w ich sytuacji, kiedy stają przed wyborem: „dajesz w kabel (dawaj, to bezpieczne, przecież wszyscy od tylu lat dajemy i jest dobrze) albo wypadasz z gry”.

Jeszcze bardziej niepokoi mnie inna tendencja, o której się nie mówi: doping w sporcie amatorskim. O tym nie mówi się otwarcie, zamiata się to pod dywan, a jest to problem tak samo poważny, jeśli nie większy. Wspomaganie wśród amatorów jest dla mnie zjawiskiem przerażającym i niezrozumiałym.
Zastanówmy się, dlaczego amator uprawia sport. Nie ma znaczenia, do jakiej kategorii amatorstwa należy: czy jest to 50-letni mąż i ojciec, który postanowił ruszyć się z kanapy i schudnąć dziesięć kilo, żeby nie umrzeć przedwcześnie z powodu niewydolności krążenia, czy sprawny dwudziestolatek, ciągle podnoszący swój poziom sportowy, który odnajduje w tym pasję i sposób na spędzanie wolnego czasu. Nie ma to znaczenia, ponieważ motywacje i cele są dokładnie takie same: obydwaj panowie trenują dla utrzymania i poprawy zdrowia; chcą startować w zawodach dla własnej satysfakcji, uczucia sportowej rywalizacji, pragną poprawiać swoje rekordy, mierzyć się ze słabościami, aby zdobyte doświadczenia i siła procentowały w innych aspektach jego życia. Chcą mieć czym wyróżnić się spośród znajomych, a także poznawać nowych ludzi, którzy są tak samo zakręceni na punkcie danej dyscypliny. Sport daje im możliwość podróżowania, poznawania nowych kultur, doskonale wypełnia im lukę pomiędzy życiem zawodowym i prywatnym.

A więc dlaczego, na miłość boską, Iksiński tydzień przed ‚ważnym startem’ idzie do lekarza i udaje, że ma astmę albo zapalenie oskrzeli, żeby dostać odpowiednią receptę? Po co dzień przed wyścigiem łyka aspirynę, skoro nic go nie boli?!
TO NIE JEST DOPING? Oczywiście że jest, i to dużo gorszy, dużo bardziej obrzydliwy niż to, co widzimy w sporcie wyczynowym. Dla Iksińskiego sport to zdrowie, a życiówki bije tylko i aż dla własnej satysfakcji. Jakie zdrowie i jaka satysfakcja płyną z tego, że Iksiński pobiegł dwadzieścia sekund szybciej niż poprzednio i wyprzedził swojego sąsiada Oksińskiego w Biegu Łasicy w Rembertowie, skoro nie jest to efekt żmudnej pracy, ale jego amatorskiego koksu? Co on z tego będzie miał? Pieniędzy na pewno nie. Dla kolegów z pracy nie ma różnicy, czy Iksiński złamie cztery godziny w maratonie, bo i tak uważają, że Iksiński jest bohaterem (albo świrem), bo przecież po przebiegnięciu czterdziestu kilometrów człowiek umiera. Satysfakcję- naprawdę? Równie dobrze mógł przejechać ten maraton na rowerze- wynik byłby jeszcze bardziej wyśrubowany, a przecież tak samo niewymierny, jak to co zrobił.

Szanowny Amatorze, nie zachowuj się jak Iksiński. Nie jesteś sportowcem wyczynowym, wybrałeś inną ścieżkę rozwoju zawodowego- jeśli nie masz szans już tego zmienić, to znajdź dobre strony wynikające z Twojego położenia. Uprawiaj sport amatorsko, rozsądnie i spokojnie. Dzięki temu być może zachowasz dłużej zdrowie fizyczne i psychiczne, bo trening wyczynowca nie jest bynajmniej ścieżką usłaną różami. Masz szansę na wiele satysfakcji pomimo gorszych wyników- ale przecież to nie jest jedyne, co masz w życiu. Szanuj się, przecież robisz to dla siebie, prawda?

(Bryn Lennon / Getty Images)

 

Dodaj komentarz