W Warsaw Masters Team nie ma czasu na otrząsanie się z szoku.
Choć w kontekście pływania na basenie Polonii nie można dosłownie powiedzieć o rzuceniu się na głęboką wodę, to przekonałam się, że i płytka woda może mieć drugie dno 🙂

Do Mastersów trafiłam w lutym tego roku. Do tego czasu pływałam sobie nieregularnie i w sposób zupełnie nieusystematyzowany. Byłam w stanie przepłynąć ciągiem kilometr, jednak nie było to dla mnie tak łatwe i przyjemne jak- dajmy na to- 10 km wybieganie. Jednorazowo, w lipcu zeszłego roku, skusiłam się na lekcję z trenerem. Wbrew moim obawom wcale nie śmiał się z mojego kraula, którego Wojtek przy moich pierwszych próbach z pół roku wcześniej nazywał ‚stylem potwora z Loch Ness’. Powiedział nawet, że „pierwszy raz widzi, żeby ktoś tak szybko płynął, tak źle pracując nogami”. Może nie był to jednoznaczny komplement, niemniej otrzymałam jasną informację, że nie jest tak okropnie, jak się spodziewałam. Nie mając jednak warunków do regularnego trenowania, ‚plumkałam sobie’ nadal, uskuteczniając dodatkowo ćwiczenia, które pokazał mi trener.



Również w lipcu zeszłego roku zaczęła się w mojej głowie na poważnie kluć myśl, która wcześniej była tłumiona przez głos rozsądku. Jak pewnie wszyscy na świecie mieli już okazję się dowiedzieć, w zeszłym roku, po zaledwie roku trenowania biegania, trzech miesiącach przebieganych pod okiem trenera kadry polskich długodystansowców, pierwszych startach na 5 i 10 km i debiutanckich życiówkach łamiących odpowiednio 20 i 40 minut, zanim zdążyłam się na dobre rozpędzić.. przytrafiła mi się bardzo niefajna kontuzja (a raczej, jak się okazało, ich kombos). Pewnie kiedyś rozpiszę się o tym szerzej- teraz wystarczy że wspomnę, iż zupełnie nie mogłam biegać przez cztery miesiące, a próby podejmowane po tym czasie jeszcze długo były okupione bólem i dyskomfortem. Ani rower, ani pływanie nie mogło zagłuszyć tęsknoty za treningiem biegowym i niecierpliwością powrotu do tegoż, ale chcąc nie chcąc zintensyfikowałam swój udział w obydwu dyscyplinach. Jeszcze bez ładu i składu, ale coraz poważniej. Kupiłam dobry rower szosowy, Wojtek zauważył, że jestem coraz mocniejsza na naszych rowerowych przejażdżkach (pozytywny skutek uboczny obrastania sadłem, hłe hłe..) i że w sumie to nienajgorzej przebijam się przez tę wodę w basenie, mimo że moja technika woła o pomstę do nieba.
Pomysł o podjęciu treningu w kierunku triathlonu na samym początku przyjęłam z lekkim niedowierzaniem, ale wątpliwości szybko przerodziły się w euforyczną radość i nadzieję. I to nie tylko dlatego, że nawet kiedy byłam w intensywnym treningu biegowym nie mogłam się nigdy powstrzymać przed wplataniem między jednostki biegowe wypadów na rower, basen, siłownię, a teraz miałam to wszystko zacząć robić zupełnie ‚na legalu’.. 🙂

Wracając jednak do tego, o czym tak właściwie chciałam pisać: ogromnie szczęśliwy splot okoliczności, a raczej przychylność i pomysłowość Andrzeja sprawiły, że w lutym dołączyłam do grupy doskonalenia pływania w Warsaw Masters Team. Na początku był to dla mnie duży szok- nigdy wcześniej nie pływałam w grupie, nie robiłam w wodzie żadnych interwałów, nie potrafiłam robić nawrotu ani przepłynąć delfinem pięciu metrów. A wszystkie te elementy szybko zaczęły być ode mnie wymagane. Pierwsze treningi były stresujące i intensywne, a kiedy zaczęłam czerpać stuprocentową przyjemność z pływania w tej grupie (co stało się mniej więcej po miesiącu), Monika przykucnęła na brzegu basenu i oznajmiła mi, że niniejszym zostaję przeniesiona do wyższej grupy. A niech to.. 🙂
Następnego dnia pływałam już u innego trenera, w grupie złożonej z osób, które mają ode mnie znacznie dłuższy pływacki staż. I znowu był to dla mnie spory przeskok, ponieważ zadania były długie, prawie nie było przystanków przy ścianie, nawroty musiały być opanowane do perfekcji, a i delfina nie brakowało. Po kolejnych dwu i pół miesiąca zauważyłam jednak podobną prawidłowość co poprzednio- pływa mi się bardzo dobrze i komfortowo. Nie przywykłam uciekać od komfortu, raczej zawsze kurczowo trzymałam się swojej ‚strefy bezpieczeństwa’, ale kiedy już przyjeżdżałam na trening po 3 godzinach kręcenia na rowerze i nadal było mi w wodzie miło, postanowiłam podjąć męską decyzję. A następny przeskok był już naprawdę potężny.
Nie spodziewałam się, że mocniejsza grupa Moniki jest o tyle szybsza od tej, w której pływałam do tej pory. Zaczęłam ‚obstawiać tyły’, pływać w ogonie grupy, a kiedy raz się zdarzyło, że wszyscy zdublowali mnie w trakcie ćwiczenia na nogi z deską, byłam bliska rzucenia deską o ścianę i wyjścia z basenu z płaczem (moje drugie imię to Frustracja). Na szczęście z treningu na trening ta różnica powoli zaczęła się zmniejszać, więc obyło się bez scen rozpaczy.
W tej grupie nie zdążyłam osiągnąć komfortu trenowania, gdy na cały miesiąc przenieśliśmy się na długi basen przy ul.Inflanckiej. Lubię pływać na basenie 50metrowym, więc wybrałam się na pierwszy lipcowy trening pełna wigoru i nadziei. Jakże głęboko szczęka mi opadła, kiedy dowiedziałam się, że w tym miesiącu będziemy mieć powiększoną grupę- pływamy bowiem z grupą sportową!!!! Tak, z tą grupą, która bije rekordy na zawodach, z ludźmi którzy wyprzedzają żabą mojego kraula i dla których pływanie ‚delem’ to bułka z masłem… Oj, to było trudne doświadczenie. Na następnym treningu byłam już świadoma tego, co mnie czeka- co nie zmienia faktu, że tak samo mocno umierałam.
Co mnie dziwi najbardziej: pięć razy odbyłam już trening z tymi mocarzami i nawet to polubiłam. Treningi są dla mnie dużo cięższe niż dla nich, nie mam najmniejszej szansy żeby ich dogonić i jeszcze długo tej szansy nie ujrzę na horyzoncie, ale.. jest fajnie!
Powinnam chyba na tym zakończyć, ale jest jeszcze jeden element, o którym doprawdy nie można nie wspomnieć.. Co prawda dopiero rozpoczynam realizację tego diabelskiego planu, ale od tego tygodnia mam podwójny trening pływacki w poniedziałki oraz dodatkowe pływanie w czwartkowe poranki. Wieczorny trening w poniedziałek był zatem: (1) moim rekordem czasu pływania i (2) przepłyniętego dystansu, oraz (3) zawierał zadanie główne, o którym sam Mistrz Ceremonii Andrzej powiedział z grobową miną: „bardzo mocne i długie, więc skupcie się”. Nie wiem co dalej ze mną będzie, ale jestem pełna motywacji, ponieważ obiektywnie patrząc, jestem w tej wodzie strasznym ślimorem, a wydaje mi się, że kiedy jestem już zmęczona pierwszym pływaniem, to na drugim zaczynam sobie ułatwiać, ale… szukając rezerw w sobie i swojej technice. Popływamy, zobaczymy, w razie czego będziemy kombinować inaczej.

Myślę, że podjęcie treningów pływackich było ze wszech miar wspaniałym pomysłem. Udało mi się dzięki temu niepostrzeżenie wrócić do treningów interwałowych, których z jednej strony bardzo mi brakowało podczas przerwy w bieganiu, a z drugiej strony sama myśl o nich wywoływała mój wielki niepokój (co jest chyba dość naturalną reakcją organizmu). Biorąc pod uwagę to, jak pływanie potrafi przemycić do innych dyscyplin różne arcypotrzebne elementy (o tym już raczej kiedy indziej), jest to naprawdę coś pięknego. I moje plecy są mi niezwykle wdzięczne- nawet jeśli coś niedobrego tli się w okolicach kręgosłupa, to po pływaniu są jak nowo narodzone.

Ale.. już więcej dzisiaj nie będę pisać, bo i tak jak zwykle wyszło za długo. Dzisiaj nie pływałam, ale po dwugodzinnym spinningu byłam tak samo mokra jak po wyjściu z basenu. Jest moc, jest coraz lepiej. Idę oglądać triathlon z serii Pucharu Świata na dobranoc. Po nich sny są dobre.

 

Dodaj komentarz