gdybyś ujrzeć chciał nadwiślański świt
już dziś wyruszaj ze mną tam
zobaczysz jak, przywita pięknie nas
warszawski dzień
Z urodzenia jestem Warszawianką. Jednak od szóstego roku życia mieszkałam z rodzicami w Gdańsku. Cząstką siebie byłam w Trójmieście, cząstką w Warszawie. Zazwyczaj dwa razy w roku, w ferie zimowe i wakacje, jeździłam do dziadków mieszkających w stolicy. Już jako kilkulatka machałam przez okno pociągu rodzicom i siedząc na kolanach dziadka śpiewałam z nim po drodze: „Jedzie pociąg z daleka, na nikogo nie czeka, konduktorze łaskawy.. zabierz nas do Warszawy!” (innymi słowy od dzieciństwa byłam indoktrynowana 😉 ).
Lubiłam mieszkać w Gdańsku, a jakże! Ale gdy byłam w klasie maturalnej, byłam już pewna, że nadchodzi czas zmian. Mój budzik co rano śpiewał „Sen o Warszawie”, a ja wiedziałam, że to właśnie mój sen. Założyłam, że nawet jeśli nie dostanę się tam na studia, to przeprowadzę się do stolicy i będę próbować tutaj układać sobie życie.



I tak oto w październiku 2009 roku zostałam studentką uczelni na Krakowskim Przedmieściu. Dobrze mi się żyło w Warszawie i nie sądziłam, że gdziekolwiek indziej mogłoby być lepiej. Mimo to któregoś dnia wpadliśmy z Wojtkiem na pomysł, żeby spróbować jeszcze czegoś innego. Kończyłam właśnie pierwszy semestr drugiego roku studiów i wtedy pojawiła się na horyzoncie możliwość wyjazdu na zagraniczne stypendium z programu Erasmus.
Kilka lat temu byłam z rodzicami u znajomych w Belgii. Tydzień zwiedzania i zachwycania się w zupełności wystarczył, żebym kompletnie zakochała się w krainie najlepszej czekolady i wiecznie padającego deszczu. Wspomnienia z tamtej wizyty są jednoznaczne – życie tam to cud, miód, bajka. Miałam okazje widzieć już wiele pięknych miejsc, jednak chorwackie wybrzeża i francuskie metropolie nie oczarowały mnie tak bardzo jak Belgia. Już wtedy rozmyślałam, że jeśli kiedykolwiek będę miała chęci i warunki do przeprowadzenia się w inne miejsce na świecie, będę kierować ciało i ducha w stronę Flandrii.
A więc – jedziemy do Belgii!
Od początku wiedziałam, że załatwienie wyjazdu nie będzie proste. Najpierw okazało się, że abym mogła studiować na anglojęzycznej uczelni, muszę postarać się o wyjazd z innego wydziału niż z mojej polonistyki. „Polon” oferował tylko stypendium na uniwersytecie w Brukseli, gdzie zajęcia prowadzone są w języku francuskim. Przejrzałam wszystkie strony internetowe wydziałów Uniwersytetu Warszawskiego, które mogłyby uchodzić za pokrewne mojemu – historyczny, politologiczny, socjologiczny, psychologiczny… Wreszcie trafiłam na pedagogikę i ofertę wyjazdu do Katolickiego Uniwersytetu w Leuven. Kolejne dni i tygodnie spędziłam na: składaniu podań do koordynatorki Wydziału Pedagogicznego (żeby pozwoliła polonistce uszczknąć trochę angielskiej pedagogiki w belgijskim wydaniu), koordynatorki jednostki macierzystej (żeby puściła mnie na wyjazd, na którym narobię sobie zaległości z polonistyki), dziekana (bo chciałam jechać na ostatni semestr studiów pierwszego stopnia, co koordynatorka uznała za nieco lekkomyślne i ryzykowne, ‚bo przecież egzamin licencjacki!’); później na korespondencji i rozmowach z prowadzącymi zajęcia na temat mojego zaliczania ich przedmiotów po mojej nieobecności (‚tak, panie profesorze, oczywiście solidnie opracuję materiał z pańskich zajęć i stawię się na egzamin w sesji letniej’); następnie na wybieraniu zajęć do realizowania w Leuven (tak, żeby były jak najbardziej zbliżone do polonu i żeby wyrobić odpowiednią ilość punktów ECTS) i omawianiu ich z koordynatorką. W końcu otrzymałam decyzję – wszelkie wnioski rozpatrzono pozytywnie, mogę wyjeżdżać.
Doskonale! Planowaliśmy, że po zakończonym pomyślnie semestrze w Leuven wrócę sama do Warszawy, żeby zdać ostatnie egzaminy na uniwersytecie, a potem wrócę do Belgii do Wojtka i psów i tam rozpocznę kolejny etap studiów. A więc trzeba szukać mieszkania do wynajęcia w okolicach Leuven. A raczej przyspieszyć poszukiwania, gdyż zostały rozpoczęte już sporo wcześniej.
Niestety bez skutku. Trochę się tym z Wojtkiem martwiliśmy, ale sądziliśmy, że jeszcze mamy dużo czasu i na pewno coś się znajdzie. Co prawda wybieraliśmy się do Belgii z trzema psami, ale dysponowaliśmy odpowiednią kwotą pieniędzy, żeby wynająć domek (taki zawsze chętniej wynajmie się ludziom z psami niż mieszkanie) pod miastem (jw.). Wysyłałam naprawdę dużo maili z zapytaniami na temat znalezionych ofert i… nic. Połowa adresatów w ogóle nie odpowiedziała na moje wiadomości, druga połowa pisała, że nie chce zwierząt. Znalazły się dwa chlubne wyjątki: jeden dom, pod Leuven, oferowany do wynajęcia przez profesora uniwersyteckiego i drugi, trochę dalej, własność pracownika Rady Europejskiej. Z drugim z panów nawiązałam naprawdę sympatyczną korespondencję; zachwycał się tym, co robimy z psami i naszymi zmaganiami sportowymi. Był bardzo przychylny naszej ofercie wynajmu, pomimo faktu, iż właśnie kończył remontować swój dom po kilkumiesięcznym zamieszkiwaniu w nim rodziny z Bułgarii, która zamieniła go w proch i pył…Wszystko byłoby więc świetnie, gdyby nie to, że jego dom to był naprawdę ładny dom. Ładny, duży i drogi. Moglibyśmy pozwolić sobie na mieszkanie w nim tylko wtedy, gdyby Wojtek jechał tam prosto do zawczasu znalezionej pracy. I tu pojawił się drugi problem.. gdy powysyłał zgłoszenia z cv do agencji reklamowych, odpowiedzi pracodawców były takie same jak te, które dostawałam w sprawie mieszkań – negatywne lub w ogóle. Doszliśmy do wniosku, że Belgowie po prostu nie chcą Polaka do swojego teamu, bo ich tłumaczenia na temat niewystarczającego doświadczenia i wykształcenia Wojtka były absurdalne (biorąc pod uwagę chociażby to, że ma on wykształcenie kierunkowe, co nie jest w jego branży częste, a bardzo pożądane). Uznaliśmy więc, że musimy znaleźć coś mniejszego, tańszego i bliżej miasta. Po nieotrzymaniu odpowiedzi na kolejne setki wiadomości wysłanych w sprawie nieruchomości postanowiłam poprosić o pomoc osoby trzecie. Napisałam maila, w którym przedstawiłam sytuację: ja (studentka UW wybierająca się na semestr do Leuven) i Wojtek (młody pan programista z dużym doświadczeniem) plus trzy psy (dorosłe, niekłopotliwe, ciche) szukamy czegoś do wynajęcia – mógł być dom, mogło być mieszkanie; w mieście, na przedmieściach lub jeszcze dalej; tanie lub trochę droższe… Nie zawężaliśmy zbytnio kryteriów, żeby zobaczyć, co nam zaproponują.
Wysłałam tę wiadomość do kilku odbiorców.
Polska ambasada w Brukseli nic nam nie zaproponowała. Koordynatorzy Erasmusa w Leuven również nie chcieli nam pomóc. Panie z Sekcji Spraw Zagranicznych na UW życzliwie próbowały podsunąć kilka rozwiązań, niestety wszystkich już próbowaliśmy. A pani organizująca wyjazdy z mojego wydziału wprost oburzyła się, że nie chcę jechać do Belgii sama i zamieszkać w pokoju z innymi studentami. Najwyraźniej chciała mi dać do zrozumienia, że Uniwersytet robi mi wielką łaskę, umożliwiając wyjazd do innego kraju – i że semestr w warunkach innych, niż sobie pierwotnie zaplanowałam, jest przecież do przeżycia.
Jasne, wszystko jest do przeżycia, tylko czy o to mi chodziło, kiedy składałam wniosek o to stypendium? Jaki jest sens wyjeżdżania na pół roku po to, żeby zawiesić sobie całe życie? Mam tam jechać za karę? Nawet przez sekundę nie brałam pod uwagę samotnego wyjazdu i ‚pójścia na żywioł’, zostawienia w Polsce Wojtka z psami, zaniechania treningów… W gruncie rzeczy byłam zaskoczona, że w ogóle proponuje mi się takie rozwiązanie. A co gdybym była matką z małym dzieckiem? Też nikt nie kiwnąłby palcem, żeby pomóc mi zorganizować wyjazd? Cóż… najwyraźniej Erasmus-Orgasmus-Chlasmus nie jest dla osób, które mają bardziej sprecyzowane plany na niedaleką przyszłość niż nawiązywanie bliskich kontaktów ze studentami z innych krajów.
Na początku grudnia zrezygnowaliśmy z wyjazdu. Długo nie dopuszczaliśmy do siebie myśli o zaniechaniu tego planu – przecież tak długo nastawialiśmy się na ten wyjazd, przecież tak długo wszystko szło po naszej myśli, przecież tak wiele świadczyło o tym, że tam będzie tak fajnie… A jednak. Zdecydowaliśmy, że nie będziemy pchać się tam, gdzie nas nie chcą; nie będziemy zdawać się na łaskę lub niełaskę nieprzychylnych nam ludzi. Za dobrze nam się żyje w Warszawie..
Od razu, kiedy powiedzieliśmy sobie ostatecznie: „zostajemy”, poczułam jak wielki kamień spada mi z serca i roztłukuje się w drobny mak. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, jak OGROMNIE wiele mieliśmy do stracenia, jak wielkie to mogło być ryzyko. Cieszę się, że jednak nie pojechaliśmy, że nie sfinalizowaliśmy tej próby przedobrzenia.
Wszyscy turyści odwiedzający Belgię zachwycają się niewielkim brązowym pomnikiem – Manneken Pis. I mnie się on podobał, kiedy zwiedzałam ten kraj. Nie sądziłam, że parę lat później będzie on dla mnie tak znamienny – zostaliśmy przez Belgów zwyczajnie… osikani.
Sentyment do Belgii pewnie we mnie pozostanie; nadal uważam, że jest to piękny kraj, a wizytę w belgijskich miasteczkach wspominać będę zawsze bardzo ciepło. Ale chyba nie będę próbowała już związać swojego życia z Flandrią. Jednak wolę mój nadwiślański świt..
P.S. Wyszedł mi bardzo dobry deal: Belgia za Smoka. Przynajmniej od trzech lat rozmyślałam na temat sprawienia sobie drugiego bordera. W końcu co dwa pieski to nie jeden (z dwoma życie jest o sto procent bardziej… czarno-białe?! ;-)). Jednak decyzja o wyjeździe do Belgii zmusiła mnie do bezterminowego zawieszenia marzeń o drugim psie. I wreszcie Wojtek zreanimował plan: „wiesz… jeśli w końcu nie wyjedziemy do tej Belgii, to może kupimy ci psa, co?”. Decyzja przyszła trochę prościej… 😉

Dodaj komentarz