Człowiek jest zwierzęciem stadnym. Teoretycznie. Każdemu jednak doskwiera życie w skupisku obcych ludzi i z niechęcią przystaje na tę przykrą konieczność. W miejskiej dżungli obowiązuje prawo silniejszego. Przeszkadzamy sobie nawzajem, nasza wzajemna obecność stresuje i denerwuje nas. Wszyscy wszystkich nienawidzą i nie potrafią spojrzeć dalej niż na czubek własnego nosa. Chyba że należą do więcej niż jednej grupy potencjalnych hejterów i hejtowanych.



Jestem pieszym.
Kiedy jestem pieszym, nie chodzę po ścieżce dla rowerów. Jeśli muszę przez nią przejść, odwracam głowę i sprawdzam, czy nie nadjeżdża rowerzysta. Przechodząc przez pasy na zielonym świetle wyraźnie daję kierowcom do zrozumienia, że jestem świadoma swojego pierwszeństwa. Podobnie czynię przy przejściach bez świateł (bo kiedy wreszcie wsiadłam za kierownicę samochodu uświadomiłam sobie raz na zawsze, że nieprzepuszczanie pieszych na pasach nie jest spowodowane ich niezauważeniem lub trudnością z zatrzymaniem pojazdu, a jest zwykłą niechęcią. Ja jako piesza też jestem niechętna – staniu przed pasami i czekaniu, aż któryś z kierowców łaskawie mnie puści). Nie należy, rzecz jasna, wpadać na ‚zebrę’ znienacka i gwałtem wymuszać zatrzymanie się pojazdów, ale czajenie się i kiwanie przed krawężnikiem też nie jest, drodzy piesi, właściwym działaniem.
I jeszcze jedno – kiedy idę wąskim chodnikiem, nie idę środkiem!!! Do wściekłości doprowadza mnie konieczność ciągłego przeciskania się między ludźmi i przepraszania bez ustanku. Ludzie, mamy w Polsce ruch prawostronny!

Jestem pasażerem komunikacji miejskiej. Nie stoję w przejściu, zagradzając innym wyjście. Nie odwracam głowy do okna w poszukiwaniu ciekawych obiektów infrastruktury, kiedy do autobusu wsiada starszy pan wsparty o lasce, który sprawia wrażenie, że gwałtowne hamowanie pojazdu przyklei go w pozycji horyzontalnej do podłogi. Nie drę się wniebogłosy, rozmawiając przez telefon i nie słucham głośno muzyki. Należy pamiętać, że chociaż jeżdżenie publicznym transportem jest czynnością, którą każdy pragnie jak najszybciej zakończyć, nieodłącznie wiąże się z przebywaniem pomiędzy różnymi ludźmi (a czasem wręcz bycie do nich przyklejonym…) . Nikt nie każe się pasażerom wzajemnie uwielbiać, ale wypadałoby się przynajmniej tolerować. Wsiadanie do autobusu, tramwaju czy kolejki jest naszym świadomym i dobrowolnym wyborem. Czasem podróżuje z nami stado staruszek, wycieczka szkolna czy ludzie z walizkami, psami, dziećmi tudzież innymi potencjalnie dokuczliwymi obiektami – oni też mają prawo jechać autobusem (o ile nie zachowują się jak niecywilizowane stworzenia z buszu). I jeszcze jedno – spóźnienia przez stanie w korkach to naprawdę nie wina kierowcy. Nie wyżywajmy się na nim, on też na pewno nie jest szczęśliwy z powodu kilkunastu minut opóźnienia. On też wróci przez to później do domu.

Jestem rowerzystką.
Znacznie częściej jestem rowerzystką niż pieszą czy pasażerką komunikacji miejskiej; poruszam się zarówno rowerem górskim po mieście jak i szosówką po ‚szybszych’ trasach, więc ta część wymaga znacznie obszerniejszego opisu niż dwie poprzednie.
No i tak: kiedy jadę po drodze rowerowej, mam na niej pierwszeństwo. Nie wjeżdżam z premedytacją na ‚zabłąkanych’ pieszych i nie rzucam w nich obelgami, ale nie waham się przejeżdżać jak najbliżej nich, wyraźnie zwracając uwagę na to, że są tam, gdzie nie powinni. Jeśli zaś z jakiegoś powodu muszę przejechać po chodniku (czego bardzo nie lubię i staram się unikać), uważam na ludzi – na ich drodze to ja jestem gościem. Nie wymijam ich gwałtownie, nie dzwonię na nich dzwonkiem, lecz grzecznie przepraszam (co czasem spotyka się z przedziwną reakcją: „NIE MASZ DZWONKA?!?!?!” – no kurde, mam, ale czy samochód jadący po deptaku używa klaksonu, żeby rozgonić ludzi?).
Wiem również i z wiedzy tej korzystam, że rower ma prawo poruszać się po jezdni. Bowiem, proszę państwa, ulica nie jest tylko dla samochodów! Ile to razy musiałam hamować, zatrzymywać się, zjeżdżać na sąsiedni pas. Poruszanie się dwukołowcem po mieście jest jak praca jasnowidza – muszę przewidzieć zachowania kierowców i zgadywać, czy pan/pani jadący za mną jest przychylny rowerzyście, czy też może zechce wymusić pierwszeństwo, wyprzedzić mnie i nagle skręcić w prawo tudzież zepchnąć z ronda.
Paradoksalnie, im bardziej ruchliwe komunikacyjnie miasto, tym jest pod tym względem lepiej. W Warszawie wielu kierowców zjeżdża na bok, żeby przepuścić mnie w kolejce do świateł i takie tam. W niedużych miejscowościach na Kaszubach już kilka razy myślałam, że pożegnam się z żywotem swym marnym, gdy podczas manewru ichniejszego wyprzedzania (albo wymuszania pierwszeństwa) odbywałam bliskie spotkania z lusterkami i maskami pojazdów.
Zazwyczaj nie wdaję się w dyskusje, gdy otwiera się okno samochodu/autobusu, a kierowca wywrzaskuje ‚na choooodnik!’ albo ‚na ścieżkę rowerową!!!!’. Szkoda mi czasu na tłumaczenie, że nie mam obowiązku jechać drogą dla rowerów, kiedy znajduje się ona po lewej stronie ulicy. Albo że poruszanie się po obleganej ‚niedzielnymi rowerzystami’ ścieżką (mam tu na myśli między innymi rodziców z  małymi dziećmi, jadącymi środkiem drogi, młodymi damami ze słuchawkami na uszach i telefonem w ręku i tym podobnym zjawiskom, których – o zgrozo! – co niemiara na rowerowych trasach) na rowerze szosowym, kiedy jestem wpięta butami w pedały, nie jest dobrym pomysłem. Zwłaszcza jeśli droga ta jest zbudowana z dziurawej kostki, a co czterysta metrów znajdują się na niej skrzyżowania z przejściami dla pieszych… Raz zdarzyła mi się arcyciekawa sytuacja: kierowca autobusu jadący wzdłuż takiej właśnie ścieżki wyprzedził mnie, po czym szybko zjechał do prawego krawężnika i gwałtownie zahamował. Nie pozostawił wątpliwości, że chciał mnie sprzątnąć albo chociaż przestraszyć. Chwilę później ruszył, podjechał kawałek, zatrzymał się i wrzasnął przez okno „to nie jest ścieżka rowerowa!!!!”. Przez moment patrzył w lusterko, czekając na moją reakcję, a potem (najwyraźniej zawiedziony, że nie zobaczył w nim niewiasty przeskakującej z rowerem pod pachą na chodnik) wysiadł z autobusu i zaczął się pieklić, że mam spadać z ulicy. Prawo silniejszego nie zadziałało! nie dałam się zastraszyć i zepchnąć z drogi, co bardzo zdziwiło pana kierowcę. Gdy już się nawrzeszczał i wpuścił na twarz barwy purpury wzruszył ramionami, wsiadł do autobusu i odjechał – porażka. O tak, kierowcy autobusów bardzo lubią rowerzystów. Zgniatać.

Jestem kierowcą.
No dobra, przesadziłam. Jestem potencjalnym kierowcą. W moim portfelu spoczywa dokument uprawniający do kierowania samochodem osobowym, ale jest on dziewicą. Choć mój ojciec jest świetnym kierowcą, a dwaj jego bracia mechanikami samochodowymi i kierowcami rajdowymi, odziedziczyłam po nich tylko tak zwane ‚mistrzostwo prostej’. Instruktorzy, z którymi jeździłam w ‚eLce’ często mieli ubaw, jak wyprzedzałam inne pojazdy lewym pasem albo paliłam gumę przy ruszaniu ze wzniesienia. Jednak gdy przychodził moment parkowania równoległego tyłem czy nawet pokonania skomplikowanego skrzyżowania, zamieniałam się w bezradne stworzenie. I tak mi zostało do dzisiaj – jak trzeba, to pojadę, ale zdecydowanie wolę rower. Nie jestem pająkiem albo innym stawonogiem z ośmioma odnóżami, żeby jednocześnie ogarniać kierownice, migacze, sprzęgła, gazy i hamulce.
Nie mogę się więc rozpisać zbyt szeroko na temat konfrontacji na linii kierowca-kierowca, za to na każdej innej owszem. Jak już wcześniej wspomniałam, odkąd doszłam do wniosku, że auto zatrzymuje się łatwo i bez problemów, nie waham się dziarsko wchodzić na przejścia dla pieszych, które nie mają sygnalizacji świetlnej. Ostrzegam jednak przed podobną (tylko pozornie znacznie mniejszą) niefrasobliwością przy pokonywaniu pasów na rowerze. Według prawa rowerzysta powinien zsiąść i przeprowadzić rower przez przejście dla pieszych. Uważam to za wielką bzdurę i ani mi się śni tak robić (do tej pory spotykałam się ze zrozumieniem nawet ze strony panów ze straży miejskiej i policji, lol), jednak wprowadzony niedawno zapis, na który wszyscy złorzeczą i plują, osobiście uważam za całkiem trafny. Mówi on o obowiązku zatrzymania się rowerzysty przed przejazdem rowerowym na pasach  nawet wtedy, gdy ma zielone światło. Rzecz jasna, zatrzymywać się bez potrzeby również nie zamierzam, gdyż wystarczy zwolnić, ale jak najbardziej rozumiem formułę przepisu. Inaczej nie dałoby się udowodnić winy rowerzyście – zawsze mógłby powiedzieć, że przecież zwolnił – z dwudziestu ośmiu do dwudziestu trzech na godzinę…
Tak czy inaczej, nawet najlepszy i najlepiej reagujący kierowca samochodu nie ma szans zahamować przed rowerzystą, który z dużą prędkością wpada nagle na przejazd. Jeśli dodatkowo przed tym przejazdem są krzaki, drzewa albo niedaleko kryje się zakręt – umarł w butach. Dosłownie i w przenośni.
Kierowcy samochodów lubią gnębić rowerzystów – to nie ulega wątpliwości. Często jednak spotykam się też z odwrotną tendencją. Wszyscy wiedzą, że w bezpośrednim starciu to rower ma więcej do stracenia. Czasami to kierowcy wykorzystują ten fakt i bezmyślnie wymuszają na rowerzyście różne działania; niekiedy to właśnie ‚cykliści’ próbują gwałtownie egzekwować ustąpienie miejsca. Przestaję się dziwić kierowcom, którzy na widok roweru dostają wysypki i drgawek. Czasami rowerzyści robią naprawdę dziwne rzeczy i tylko refleks jadących za nim samochodów pozwala im wyjść z ich manewrów cało.

I ostatnia rzecz. BASEN. Wyjątkowo ciasna przestrzeń publiczna. Obiekt sportowo-rekreacyjny, na który przychodzą zarówno osoby chcące wykonać zaplanowany trening jak i wszelkiego rodzaju ‚niedzielni pływacy’. Jeśli są zmuszeni do współdzielenia ze sobą toru – biada obydwu stronom. Dyrektorscy żabkowicze dostają w głowę rozpędzonym delfinem, delfiniarze hamują na ręcznym i opijają się wodą, gdy nagle przed ich głowami wyrasta jakaś powoli poruszająca się kończyna.
Mogę powiedzieć, że znam problem z dwóch stron. Zazwyczaj idę na pływalnię, żeby ‚popłynąć coś konkretnego’. Wtedy słabnę, gdy widzę basen pełen rozwrzeszczanych dzieci, obściskujących się par*, dyrektorów i dyrektorek plumkających wesoło parażabką. Nie znoszę też płynąć i wpadać nagle na człowieka, który teoretycznie jest na torze po lewej stronie… Zazwyczaj są to matki z dziećmi: ich pociechy radośnie brodzą w wodzie, a kobiety najwyraźniej nie zdają sobie z prawy, że tylko od pasa w górę znajdują się w swojej lokalizacji, bo ich dolne kończyny lewitują na sąsiednim torze…
Ale jest też druga strona medalu – czasami bowiem idę na basen.. biegać. Celowo wybieram takie dni i godziny, w których będę na torze sama (lub przynajmniej pierwsza). Miałabym wielkie opory przed wskoczeniem na zajęty przez pływającego człowieka tor, aby poruszać się po nim z żałosną prędkością (bowiem nawet sprinty w wodzie przestają być sprintami). Nie wykluczam jednak, że wreszcie stanę przed podobnym dylematem i będę musiała zdecydować, czy chcę przyjąć na klatę wściekłe spojrzenia kraulistów i tamować ruch swoim posuwistym biegowym ruchem. Nie jestem egoistką, ale też niespecjalnie wyobrażam sobie rezygnację z planu z uwagi na fakt, że być może (!) będę komuś przeszkadzać. Ostatecznie każdy poświęcił swój czas i trochę pieniędzy, żeby skorzystać z pływalni. Pechowo, że akurat w tym samym czasie, no ale cóż – życie.. Na razie jednak współdzielenie toru z pływającymi osobnikami wychodziło mi nad wyraz dobrze, bo nieźle udaje mi się wciskać w prawą ścianę/linę oddzielającą tory. Amen.

*Nie ma nic gorszego niż obściskujące się w basenie zakochane pary. Nawet wrzeszczące i skaczące kilkulatki przy nich wymiękają. Nie dość, że stoją tacy przy ścianie i blokują nawroty, to na samo spojrzenie na nich chce mi się womitować. Nie wiem, jak bardzo trzeba być nieromantycznym, żeby uważać za romantyczne całowanie się i przytulanie w chlorowanym, zimnym basenie pełnym ludzi. Równie dobrze mogliby położyć się na środku bieżni na stadionie. Albo może na podłodze w siłowni.

Reasumując – życie w mieście, poruszanie się po ulicach, podróżowanie rowerem, samochodem czy chodzenie na baseny to nasz dobrowolny wybór. Jedyne, co musi w życiu człowiek to umrzeć. Nie musi jeździć tramwajem, wsiadać do samochodu czy korzystać z publicznych obiektów sportowych. Jeśli jednak decydujemy się na którąś z powyższych opcji – myślmy trochę. To naprawdę nie boli, a często wystarczy, żeby rozwiązać problemy i wprowadzić miłą atmosferę. Nie zakładajmy, że ‚ten obcy’ jest nastawiony do nas agresywnie albo niechętnie, ale też nie zachowujmy się beztrosko. I wszystko będzie fajnie. W gruncie rzeczy „człowiek jest wtedy wolny, gdy nie uzależnia swojego życia od innych” – a więc i tak wszyscy zginiemy w zupie.

 

Dodaj komentarz