Od poniedziałku do piątku codziennie przejeżdżam przez Krakowskie Przedmieście i niemal za każdym razem mijam pewną dziewczynę, która z szerokim uśmiechem zaczepia takimi słowami nieświadomego podstępu przechodnia.
Dziewczę to dzierży w dłoni pakunek formatu a4, a w nim wkładki do butów. Mnie nie ma szans zahaczyć, bo przemykam szybciej, niż zdąży złapać na mnie azymut. Obserwuję jednak z zaciekawieniem, jak jej macki oplątują schwytanego osobnika. Do takiego sprytnego, wyrafinowanego i bardzo inwazyjnego działania trzeba mieć dar. A oprócz daru trochę bezczelności i profesjonalne wyszkolenie.



Oto zbliża się ku niej przeciętny obywatel. Leci w jego kierunku, szczerząc zęby od ucha do ucha. „Dzień dobry! Pan z Warszawy, spoza?”. Mężczyzna rzuca szybko „spoza” i mija ją, wyraźnie się spiesząc. Ale wtedy dziewczyna rozpoczyna frontalny atak. Wydobywa z siebie dźwięk świadczący o zachwycie – jakby właśnie znalazła dokładnie tego, kogo szuka. „Aaaach, to świetnie!” – i już wciska mu w rękę paczuszkę. Doskonały timing: ułamek sekundy po tym, jak facet bierze w dłoń ‚podarunek’ zatrzymuje się i mówi serdecznym tonem: „Mam coś dla pana. Proszę mi poświęcić chwilę!”.
Przechodzień, jak ta śliwka co wpadła w kompot, jest już ugotowany. Nie ma już odwrotu. Autobus mu ucieka, obiad stygnie, dzieci w przedszkolu płaczą, a pies w domu ściska pęcherz – teraz już nie może uciec. W ręku trzyma oferowane wkładki do butów, dziewczyna uśmiecha się do niego; jest wybrańcem, chcą mu dać prezent. W porządku – dzieci nie zające, pies niech trenuje wytrzymałość, a następny autobus zaraz przyjedzie. Nie może przecież zostawić teraz swojej nowej przyjaciółki.
Nie byle jaki to prezent. Dziewczyna opowiada o cudownych właściwościach wkładek do butów. Przeciwgrzybicze! Antypotowe! A ponadto oddychające, ultrawygodne, superkomfortowe i nadzwyczajnie trwałe. Doprawdy, że też Pan Bóg dokonał stworzenia tak idealnej rzeczy.
To nie wszystko. Teraz dziewczę mówi przyciszonym głosem i z szelmowskim błyskiem w oku: WSZYSCY bowiem chcieliby mieć takie wkładki. To nie byle co – to towar luksusowy. Sprowadzony niedawno prosto z Norwegii, która jest pionierem w produkcji tego typu akcesoriów. W aptekach sprzedawany w cenie osiemdziesięciu dziewięciu złotych. Wiadomo, nie każdego stać na taki rarytas. Dlatego tylu ludzi chodzi smutnych, ze stopami zapoconymi i pełnymi odcisków.
Przechodzień jednak, jako wybraniec!, stoi przed niepowtarzalną szansą zakupienia tychże wkładek za dwadzieścia dziewięć złotych. Dwa zestawy za pięćdziesiąt.
Przechodniowi rzednie mina: zakupić? Dwa uciekające autobusy temu był przekonany, że stoi przed nim darczyńca (a właściwie darczyńczyni). Nie planował kupowania wkładek. Chętnie mógłby je przyjąć w prezencie, wobec nowo ujawnionej informacji zaczyna jednak się wahać. Próbuje oddać w ręce sprzedawczyni pakunek, ale ta cofa się, jednocześnie obdarzając go spojrzeniem kota ze Shreka. „Aaaaale jak to? Pan żartuje, dwadzieścia dziewięć złotych! To niewielki wydatek w perspektywie lat w zdrowiu i wygodzie dla stóp!”.
No tak. Ale to jednak trzydzieści złotych w portfelu mniej.
Z drugiej strony… coś tam go w bucie ostatnio uciskało przy małym palcu…
Nie no, trzy dychy za wkładki?
Ale… w aptece trzy razy droższe… Na lekarza wyda więcej, jeśli faktycznie…
Jednakowoż…..
Odjeżdża trzeci z kolei autobus. Zupa już na pewno jest całkiem zimna.
Wyobraźnia już postawiła mu przed oczami rodzinę włochatych, śmierdzących grzybów, zagnieżdżających się między palcami stopy. To ostatecznie przeważa szalę.
„Dobrze, to ja je wezmę”
„Świetna decyzja. Dwa zestawy, tak? Drugi pewnie dla żony?”
„E… no… ja….”
Boże, no przecież. Całe szczęście, że mu przypomniała. Wyszedłby na samoluba!
I już oddala się w kierunku przystanku, lżejszy o kilkadziesiąt złotych. Dziewczyna już łapie następnego nieboraka, którego pragnie obdarzyć przywilejem kupienia od niej zdrowia i urody, ukrytych we wkładkach.
Dopiero w autobusie mężczyzna uświadamia sobie, że sprzedawczyni nie zapytała go nawet o rozmiar. To chyba nie był interes jego życia.
Wzdycha ciężko i spogląda w szybę pojazdu. Widzi, jak jego przednie kopyto opiera się o uchwyt, a grzywa delikatnie faluje.
Kto z nas nigdy nie dał się zrobić w konia?

Dodaj komentarz