Zdecydowanie! Kiedy nadchodzi dzień, w którym truskawki są po sześć złotych za kilogram, to znaczy że nadszedł czas na nową notkę. A więc oto i ona.
Długo nie pisałam, oj długo. Wszystko przez to, że świat się w końcu ogarnął i kiedy w końcu siadam do kompa na dłużej, to – przynajmniej teoretycznie – zajmuję się sprawami nie cierpiącymi zwłoki, takimi jak zaliczenia na uczelni. Poza tym.. Parę miesięcy temu pisałam, że jak w końcu nadejdzie prawdziwa wiosna, to znowu będę z tego powodu fanatycznie, obsesyjnie i nienormalnie szczęśliwa. I zaiste tak jest. Nie chcę więc robić z siebie totalnego głupa i wypisywać ciągle na blogu, jak piękny jest każdy kolejny dzień. A tak jest.Jednym zdaniem – bije ode mnie optymizm.
Nie znam drugiego takiego meteopaty, jakim jestem ja. Pogoda to przecież tylko pogoda – da się żyć. Problem zaczyna się wtedy, kiedy nie chodzi tylko o to, żeby przetrwać. Każde nadejście zimy odbieram bardzo przeciwko sobie – jakby to wszystko się działo po to, żeby było mi źle i smutno. Ale wiosnę i lato też przyjmuję osobiście – świat jest wtedy mój i dla mnie. Cieszę się jak dziecko. Ba, co ja mówię – znacznie bardziej, niż dziecko. Dzieci przecież tak samo lubią, kiedy pada śnieg i można lepić bałwana. Ja bałwanom mówię zdecydowane NIE.
Jednoznaczne TAK mówię zaś wspomnianym na początku truskawkom po sześć złotych. I pomidorom, które kosztują połowę mniej, niż zimą, a smakują jak pomidory, a nie jak woda pomidorowa. I wszystkim innym kalafiorom, śliwkom, brzoskwiniom i tym wspaniałościom, które dopiero zasilą bazarowe stragany. A najgłośniejsze OH YEAH przeznaczam dla malin i czarnej porzeczki, o które już za dwa miesiące będę co dnia bić się z sarenkami pod domem mojej babci na wsi!

Znowu się rozkręciłam, pisząc o pogodzie. Myślę więc, że wszyscy Czytelnicy czują się już wystarczająco poinformowani, że kocham, wielbię i czczę obecną aurę; pora ruszyć dalej.

‚Ruszyć dalej’ to w gruncie rzeczy dobre określenie, gdyż muszę przynajmniej wspomnieć o minionym weekendzie. A konkretniej – o sobotnim przedpołudniu. Wreszcie wystartowałam w zawodach na dystansie 10 km. Rozpisałam się na ten temat na forum biegowym, więc tutaj pozwolę sobie tylko przekleić swoje wypociny:

Wlasnie wrocilam ze swoich pierwszych zawodow na 10 km – Puchar Maratonu Warszawskiego. Trasa przelajowa w lesie.

Melduje wykonanie planu 😉
To moj debiut na tego typu biegu, wiec kompletnie nie wiedzialam, jak sie do tego zabrac. Balam sie, ze bedzie to dla mnie cos takiego, jak dwa starty na 5 km jeden po drugim 😉
Wojtek poradzil mi, zebym po prostu trzymala sie kogos dobrego, trzymala jego tempo + kontrolowala czas kolejnych kilometrow i starala sie trafiac w 4’30.
Na pierwszym kilometrze mialam 4’40, niestety 😉 potem bylo juz raczej lepiej, choc nie zawsze, o czym za chwile.

Ruszalo sie dosyc ciezko, bo bylo ciasno. Przez jakis czas trzeba sie bylo troche pogniesc i poprzeciskac – pozniej juz bylo OK. Na poczatku wyprzedzily mnie trzy albo cztery dziewczyny, ale niedlugo pozniej bylam trzecia. Dziewczyna, ktora biegla przede mna, wygladala bardzo dziarsko 😉 i stwierdzilam, ze na pewno celuje w czas krotszy niz ja, wiec bedzie swietnie, jesli utrzymam jej tempo. Zalozylam, ze i tak przed meta pocisnie i zostawi mnie w tyle, wiec postanowilam sie nie wyglupiac i jej nie wyprzedzac. Perspektywa ukonczenia biegu na trzecim miejscu wydawalo mi sie niezla 😉
Jednak okolo szostego kilometra nagle wyprzedzilam swojego ‚zajaca’ i zostalam sama. Bardzo mnie to zdziwilo, bo zostawilam ja dosc daleko w tyle. Wtedy jeszcze sadzilam, ze to jej tajna taktyka i przed meta, gdy ja bede juz umierac, wyprzedzi mnie rzesko 😉 ale o dziwo tak sie nie stalo.

Na siodmym kilometrze niestety przezylam spory kryzys. KOLKA 😕 😕 😕 balam sie tego tak okropnie, ze bylo to dosc oczywiste, ze mi sie to przytrafi chociazby przez sile autosugestii. Celowo zjadlam nieduze objetosciowo sniadanie wczesnie, ponad 2h przed biegiem (+ godzine przed malutki batonik 😉 ), wiec myslalam, ze bedzie dobrze. Wody jak zwykle pilam rano duzo, ale przez ostatnie poltorej godziny przed startem staralam sie nie przesadzac. Mimo to czulam, ze mam pelen brzuch 😕 I tak myslalam, ze bedzie gorzej, bo jak truchtalam do startu to az mi bulgotalo w zoladku. Do siodmego kilometra bylo relatywnie ok, choc przez calusienki dystans cos mi dolegalo ze strony tegoz ukladu, ale na siodmym kilometrze w koncu mnie trzasnelo. Nie bylo az tak zle jak na Sztafecie, bo tam myslalam ze sie udusze 😉 ale bolalo tak bardzo, ze musialam troche zwolnic. Nie wiem, jak duzo czasu stracilam na walke o zycie 😉 ale na pewno mnie to rozstroilo. Gdyby bolalo tak przez reszte dystansu, to byloby naprawde kiepsko… Kolka trzymala ostro przez dobry kilometr, potem zaczela odpuszczac i do konca nie bylo juz fatalnie (choc dobrze tez nie).
Coz, wyglada na to, ze przed kolejnym biegiem bede musiala jeszcze bardziej uwazac. Choc troche sie martwie, czy to nie jest niestety moj blad fabryczny. Lekarz mi powiedzial, ze mam tak zbudowany zoladek, ze moze mi sie przemieszczac i skakac, ze mam duze predyspozycje do refluksu i do przepukliny przelyku. Jednym slowem: przerabane 🙁

Poza tym ‚malym’ problemem (ktory zapewne dodal mi troche czasu do wyniku 🙁 ) bieglo mi sie bardzo dobrze. Nawet chyba troche zbyt dobrze. Silowo bylo zaskakujaco fajnie i jestem pewna, ze gdyby nie ta fatalna kolka, moglabym biec szybciej. Pewnie niewiele szybciej, ale zawsze 😉 Pierwsza polowe tez moglabym chyba pocisnac odrobinke bardziej, ale tak jak wspomnialam wczesniej, nie chcialam sie wydurniac i udawac chojraka, zeby potem sie zalamac, gdy bede ogladac plecy wyprzedzajacych. Trzymajac sie rowno z druga dziewczyna dosc czesto mialam odczucie, ze moglabym przyspieszyc i biec przed nia, ale nie chcialam tego robic, zeby nie bylo potem wiochy.
W kazdym razie myslalam, ze ze strony powera w nogach bedzie znacznie gorzej – a bylo bardzo dobrze.

Ogolnie bylo fajnie, milo sie biegnie w warunkach zawodow! Spodobalo mi sie 😉

No, ale przejdzmy do sedna… 😉
Zatrzymalam stoper na 44:50. Jeszcze nie wiem, jaki mam oficjalny czas, ale Wojtek twierdzi, ze na pewno bylo ponizej 45 minut 😉 Nie powinnam wiec narzekac, ale nie powiem, zeby byl to szczyt moich marzen i mozliwosci 😉
Wsrod kobiet jestem na drugim miejscu. Pierwsza pani (Weronika Zielińska – poprzedni bieg w PMW – 5 km – tez wygrala 🙂 ) miala dosc spora przewage, okolo 1,5 minuty.

Challenge completed 😉

Tak to właśnie było. Mam co przebijać. Następnym razem muszę pamiętać, żeby ścigać się bardziej ze sobą, niż z innymi.
Na razie jednak skupiam się na pozbyciu się zakwasów, które pojawiły się wczoraj po sobotnim bieganiu i kilkugodzinnym rowerowaniu. Wczoraj je chyba dobiłam. A dziś starałam się je rozbić dziesięciokilometrowym, spokojnym biegiem. I spacerem. No i rowerem…. ekh. Do wesela się zagoi, no.

Zakwasy to mimo wszystko bardzo miła sprawa. Bo zawody to miła sprawa. Chyba mi się spodobało.

Miałam w planach start na pięć kilometrów 3 maja. Jednak gdy byłam w Gdańsku, załatwiłam sobie (kolejną bardzo osobliwą) kontuzję. Ból ścięgna w stopie uniemożliwił mi normalne chodzenie przez kilka dni i wykluczył z biegania na dwa tygodnie. Każdy kolejny dzień przerwy bardziej masakrował mnie psychicznie i wcale nie uznawałam tego niebiegania za odpoczynek, a raczej za więzienie. Głód biegowy narastał, a kiedy w końcu wróciłam do treningu, to wbrew wszelkim wskazówkom i zdroworozsądkowym podpowiedziom biegałam pięć dni pod rząd, dobijając do ~50 km. Modliłam się tylko, żeby kontuzja nie wróciła. Na szczęście moje prośby zostały wysłuchane. Teraz zanoszę kolejne – żeby już nic dziwnego mi się nie działo. Ta kontuzja przestawiła mi w głowie ostatnią klepkę, która odpowiadała za ogładę i umiar. Zakochałam się w bieganiu na nowo, sprecyzowałam, po co i dlaczego biegam. I znowu mam wrażenie, że odkryłam swoje przeznaczenie. Moja motywacja wzrosła o kolejne ‚jak stąd do kosmosu i z powrotem’.

Dobrze jest, najlepiej 🙂
Rasta też korzysta z życia. Co prawda zimą nie żałowałam jej długich spacerów, ale do jeziora jej nie wpuszczałam, a to dla niej największy fun. Teraz pływa niemalże codziennie – a czasem i dwa razy dziennie, bo gdy ma się jezioro, rower i psa, to ciężko odmówić sobie połączenia tych trzech elementów w jedną przyjemność.
Właśnie, rower. Ach, niebiosa! Jakiś czas temu Wojtek sprawił sobie profesjonalny, ziomalski, piękny, cud-miód rower do bikejoringu. Zakup ten dał nam możliwość do robienia cudownych, romantycznych przejażdżek rowerowych. Możliwość ta została, rzecz jasna, wykorzystana, ale nie była tak sielankowa, jak sobie to wyobrażaliśmy. Odpadający bagażnik, telepiące się błotniki uniemożliwiające normalną rozmowę (i informujące wszystkich ludzi wokół o naszym jestestwie) i brak amortyzacji w moim ślicznym gracie-Grandzie powodowały, że Wojtek tracił fason i za każdym razem namawiał mnie, żebym rozważyła zmianę sprzętu. Wreszcie przestałam się opierać i pewnego pięknego dnia wyjechałam ze sklepu rowerowego na cudownym góralu. Od tego dnia ja i moja Specialized Myka jesteśmy nierozłącznymi przyjaciółkami, a poczciwy Grandzik służy jako rower dojazdowy do poruszania się po mieście. Uwielbiam go za to, że niczym wierny pies poczeka na mnie przed sklepem, przed szkołą czy gdziekolwiek indziej, gdzie potrzebuję go zostawić. Myka jest tak śliczna, jak i nierozsądna – całą sobą woła ‚UKRADNIJ MNIE!!!!!’, więc nie ma opcji, żeby spuścić ją z oka.
Wojtek w końcu ma niezbity pretekst do zabierania mnie na długie, górzyste, błotniste i wertepiaste wycieczki rowerowe. A ja nie mam wymówki! Jazda Myką to czysta przyjemność. Mój nieodżałowany Kilimanjaro nie umywa się do tego rumaka, którym mam zaszczyt się cieszyć. Choć nie ukrywam, że nie tracę nadziei, że mój śliczny czerwony Kili kiedyś do mnie wróci. Wartość sentymentalna tego roweru przewyższała dziesięciokrotnie jego wartość fabryczną.
No, ale mam nauczkę na całe życie – oby!

Wakacje będą czadowe.
Jeszcze tylko zaliczyć egzaminy – o co boję się tak samo, jak zwykle – czyli efektownie, ale nie efektywnie.
A potem słodkie miesiące.. nicnierobienia?
To chyba niezbyt trafne określenie.

A więc może zostawmy to w takiej formie

A potem słodkie miesiące!

Nie może być inaczej :))

1 Comment »

  1. No tak… Dwie dziewczyny wyprzedziły mnie gdzieś na 7 kilometrze i już nie byłem w stanie ich dogonić. Ja miałem czas 45:55. Gratuluję!
    Wojtek

Dodaj komentarz