Na samym początku wpisu czuję się w obowiązku zwrócić honor spółce PKP. Miałam poważne obawy co do kwestii dowiezienia mnie na Święta do Gdańska i powrót z tychże. O dziwo – o wielkie dziwo – mój niedzielny Intercity przybył do Warszawy z dziesięciominutowym opóźnieniem. Nie zderzyliśmy się z samochodem, nie pękły nam tory, nie odczepiły się wagony, nie skończyło się paliwo ani nie nastąpił atak kosmitów; słowem – podróż przebiegła sprawnie! A co więcej, całkiem wygodnie – chyba już zawsze będę prosić panią w kasie biletowej o miejscówkę w wagonie bezprzedziałowym. PKP dostałoby za ten przejazd dziewięć na dziesięć możliwych do zdobycia punktów, gdyby w moim wagonie działała toaleta. Niestety nie dostanie nawet ośmiu, bo toaleta w sąsiednim wagonie także nie działała. Fundowałam więc sobie i Rastusi, zmuszonej do towarzyszenia mi, spacery przez trzy wagony. Kolejom przyznaję sześć punktów, bo jestem pamiętliwą kreaturą i wiem, że kiedyś w ramach poczęstunku dawali kawę w całkiem dużym kubku, a nie – jak obecnie – w naparstku. Może to ma jakiś związek z tymi pozamykanymi toaletami 😉

Powrót do Warszawy, a tym samym koniec Świąt, oznaczał dla mnie, że znowu mam co robić! Nicnierobienie mnie wykończyło. W poniedziałek rano ochoczo wysprzątałam mieszkanie, pofruwałam na odkurzaczach, szczotkach i ścierkach, wyspacerowałam psa i tak dalej, i tak dalej.. Potem, zgodnie z tym, co planowałam od tygodni, rzuciłam się w szał poświątecznych wyprzedaży. Zaczęłam od wizyty w Złotych Tarasach.
Współczuję serdecznie wszystkim pracownikom tamtejszych butików. Spodziewałam się, że będzie dużo ludzi, ale to już nie było dużo ludzi. To był zmasowany atak galerianek, które, usłyszawszy magiczne słowo przecena, rzuciły się na shopping niczym dzikie zwierzęta w pogoń za ofiarą.
Po centrum poruszały się watahy nastolatek, które z kolaszkami w dłoniach zwiedzały kolejne sklepy. Czułabym się dosyć osamotniona solową wyprawą na zakupy, gdyby nie to, że każde wejście do butiku oznaczało dla mnie wielki zgniot. Stada poruszały się wewnątrz w rozmaitych kierunkach, określając tym samym kierunek zwiedzania pojedynczych, bezradnych w tej sytuacji osobników. Dostanie się do przymierzalni w sklepie odzieżowym – podjęłam próbę bodajże dwukrotnie – graniczyło z cudem i wiązało się z koniecznością wytrzymania w dłuuuuugiej kolejce, pełnej elokwentnych galerianek.
No, ale sama chciałam; miałam nadzieję, że dorwę jakieś spektakularnie tanie spodnie, bluzę albo chociaż sweterek. Cóż; opcje są trzy: albo godzina szesnasta pierwszego dnia wyprzedaży to o piętnaście godzin za późno, aby znaleźć coś fajnego – albo nie mam gustu i dlatego nic mi się nie podoba; albo wreszcie jakość odzieży w butikach z roku na rok spada i naprawdę nic ciekawego nie było. Obstawiam, niestety, drugą opcję, bo wzrok mój wciąż padał na radosne watahy triumfujących hien, niosących swe zdobycze skryte w kolorowych reklamówkach.

Moje zakupy w Tarasach nie przyniosły więc spodziewanego rezultatu. Nie oznacza to – bynajmniej – że nie zostawiłam tam kwoty, której brak boli. Impregnat-widmo, kupiony jeszcze z zamiarem użycia na Icebugach, nie zmienił statusu i nadal występuje jako niewidoczny (ostał mi się ino paragon). Odwiedziłam więc butik Ecco z zamiarem zakupienia jakiegoś dobrego środka do pielęgnacji moich eccośliczności. Poprosiłam sprzedawcę o wskazanie mi najbardziej potrzebnego dla mnie produktu. Produktu – dopełniacz, rodzaj męski, liczba pojedyncza. Sprzedawcy należy pogratulować wyszkolenia – jednym sprawnym ruchem wystawił na ladę cztery pojemniki, różniące się nieznacznie kształtem i wielkością, z których najpotrzebniejszy był – rzecz jasna – każdy. Wyraziłam swoją dezaprobatę w stosunku do tej aluzji, ale pan zachował po-po-po-poker face i tłumaczył mi twardo, w jakiej kolejności używać tych doskonale się uzupełniających i żyć bez siebie nie mogących środków. Można było odnieść wrażenie, że pianka czyszcząca, impregnat, jakiśtam spray i cośtam jeszcze to coś w rodzaju czworaczków syjamskich i gdyby tylko mogły, to trzymałyby się mocno za rączki. Nie uległam presji, bo banknoty w moim portfelu również czują się ze sobą emocjonalnie związane, a do tego – nie ukrywam – i mnie są bliskie.
Jednocześnie jednak oczyma wyobraźni ujrzałam koszmarną wizualizację: rok 2012, ciemne chmury i siarczysty deszcz nad wysypiskiem śmieci; na pierwszym planie moje Eccusie, leżące pomiędzy śmieciami i machające do mnie smętnie rozklejonymi podeszwami. I jeden z nich, szepczący: ‚było trzeba kupić impregnat…’
Znalazłam się, niczym Antygona, w sytuacji konfliktu tragicznego. Z ciężkim sercem zarządziłam rozwód w portfelu i weszłam w posiadanie impregnatu i pianki czyszczącej burżujskiej firmy Ecco. Obiecywałam ciepłym burżujskim butom pomnik i śniadania do łóżka, więc niech mają chociaż to. Kosztowały mnie w końcu dużoset złotych, więc byłabym niewdzięczna, gdybym odmówiła im tego miłego upominku. Sprawują się idealnie, ratują mi życie na każdym spacerze w mrozie minus piętnaście i w ogóle podczas każdego dłuższego wyjścia na zewnątrz. Pierwsze miejsce wśród cierpiętników znowu zajęły więc palce u rąk. Jeśli znacie kogoś, kto kręci horror i potrzebuje do filmu dłoni truposza, to polecam się – dzięki moim predyspozycjom zaoszczędzi na animacjach. Dermatolog po ostatniej prezentacji westchnęła ciężko i stwierdziła, że przy Raynaudzie nie ma za bardzo szans na jakąś wielką poprawę. Zimo, kończ się.

Wracając do wyprzedaży – mimo porażki nie poddałam się tak łatwo! We wtorek dziarsko ruszyłam do Arkadii. Dotarłam tam przed dwunastą; spodziewałam się, że ludzi będzie przynajmniej o połowę mniej, niż dnia poprzedniego w Tarasach. Z tą połową trochę się przeliczyłam, ale istotnie nie było tak źle. Wycieczka po arkadyjskich butikach zakończyła się zagarnięciem łupów w postaci bluzy i sweterka. Na koniec trafiłam jednak do oka cyklonu, znanego również jako Carrefour: wyjaśniła się zagadka, gdzie się podziali ci wszyscy ludzie, których nie było w butikach. Udało mi się przedrzeć przez te dzikie tłumy i kupić wszystko i jeszcze więcej; wracałam więc, jak zwykle zresztą, jako Farmer (dla tych, którzy nie wiedzą, o czym mowa – oto Spacer Farmera – ja wyglądam tak samo, jak idę do domu z Carrefoura. Wojtek mi podszeptuje, że wcale nie tak samo, bo mam większe muły). Jak ja nienawidzę, kiedy w kerfim, oddalonym od domu o dwie przesiadki, są pomidory po trzy złote za kilo!!!

Wyprawa do Arkadii przywróciła we mnie nadzieję, że da się jednak kupić coś ładnego. Dzisiaj przyszła więc kolej na odwiedziny w kolejnym centrum handlowym.
Powinnam mieć na drugie imię Zdecydowanie. Ale to nie moja wina, że w Warszawie jest tyle galerii! W Gdańsku jest jedna główna Galeria Bałtycka, a tu?! Planowałam jechać do Blue City. Rano pomyślałam jednak o Forcie Wola. Potem znowuż przyszła mi do głowy ta dziwna galeria przy Dworcu Wileńskim. Po długich rozkminach podjęłam decyzję: jadę na Wolę! Już się ubrałam, już wychodziłam, a tu, ni stąd ni zowąd, głos rozsądku: tak właściwie to nie wiem, jak tam dojechać, jakdojadę.pl pokazuje, że będę się tam tłuc ponad czterdzieści minut – a nie bierze pod uwagę korków. A co najgorsze – jak się zgubię, to zamarznę. Obrałam więc azymut na inny przystanek i pojechałam do starej, dobrej, poczciwej Galerii Mokotów.
A tam – szatański śmiech haaaa! – sukces gigant. Ach, ta intuicja albo instynkt przetrwania! Wczoraj mierzyłam spodnie w Cubusie – kosztowały stówę, ale były fajne, ale kosztowały stówę. Przeszłam wobec nich z udawaną obojętnością, uznawszy, że jakoś bez nich przeżyję. Dzisiaj niezobowiązująco wstąpiłam sobie do Cubusia w GM i cóż ujrzałam?! Te same spodnie za 39.99, hell yeah! Ba, te same – w różnych odcieniach i kolorach! Już dawno temu pożegnałam się z myślą o znalezieniu czerwonych i niebieskich jeansów, a tu niespodzianka – dokładnie to, co chciałam, a do tego taniocha! Zakupy te uważam więc za wyjątkowo udane. W sumie na te zdobycze wydałam przynajmniej o połowę mniej, niż gdybym kupiła to po cenach sprzed wyprzedaży. Niemniej jednak, więcej grzechów nie planuję. Niech sobie moja nowo utworzona kolonia banknocików żyje jak najdłużej (do kolejnej wizyty w Carrefourze, joł, nie czuję jak rymuję) w zgodzie i pokoju na koncie w banku. Choć niewykluczone, że skuszę się jeszcze na spodnie do biegania… albo.. albo coś, no.

Na koniec jeszcze konieczna wzmianka o obrzydliwości niemiłościwie nam panującej pory roku. Dzisiaj jest minus dwanaście – pod względem temperatury bywało więc gorzej, ale.. już nie pamiętam, kiedy było aż tak koszmarnie. Wilgotność wynosi chyba 120%, więc czuję się trochę tak, jakby ktoś oblewał mnie lodowatą wodą i kazał stać pod wiatr. Jest po prostu paskudnie, bieganie w plenerze znowu tymczasowo zamieniłam na popylanie na bieżni, ale nie tracę nadziei, że teraz to już będzie z górki. Dzień z wielkim trudem i w niezatrważającym tempie wypiera noc, połowę najgorszego już chyba mamy za sobą. Luty jest krótki, a marzec to już jakby przedwiośnie. Będzie dobrze! Jezus, oby.

1 Comment »

  1. rozwalilas mnie komentarzem o naparstku 😉

    ja mam to szczescie ze nigdy nie musialam korzystac z pociągowego wc. moja najdłuższa poróż trwała 5h, ale zawsze profilaktycznie nic przedtem nie piję. Nie dość ze sie brzydze to pewnie mialabym cudownego farta i trafila tam gdzie: smierdzi, jest brudno, nie dziala spłuczka, brak papieru (to ostatnie to chyba dosc oczywiste a reszta przewidywalna)

    gratuluje zakupów 🙂

Dodaj komentarz