Utożsamiam się z tym panem, naprawdę.
Co prawda kredensu nie trzymam (ba, nawet go nie posiadam), ale borykam się z równie osobliwym problemem.
Jutro mam kolokwium z gramatyki i można śmiało rzec:  ‚Nie zaliczę kolosa, bo szukam butów’.
To się może wydawać śmieszne, ale naprawdę szczerze zazdroszczę wszystkim ludziom, którzy nie wiedzą, co to są zamarznięte stopy.
Zadzwoniła do mnie rano babcia – pytała, czy buty dobrze się sprawują. Dziadkowie nadal się zamartwiają, czy nie chodzę przemoczona i zmarznięta.
Cóż miałam odpowiedzieć? Wydusiłam z siebie tylko ’emm yhymmm’. Nie cierpię kłamać, nie praktykuję tego, więc wypowiedzi nie rozwijałam. Gdybym powiedziała babci prawdę, niechybnie by się załamała.
Wydawałoby się, że to takie proste – masz kasę, chcesz dobre buty, więc idziesz do sklepu i przebierasz w modelach. W wielu zakupowych kwestiach zapewne tak jest, ale..



Aktualnie wyczekane zimowe buty, które kupiłam jako pierwsze w tym roku – Icebug Alta – czekają zapakowane na odebranie przez kuriera. Wracają do sklepu po tym, jak wchłonęły wodę po godzinnym spacerze z psem w śniegu i oddały ją radośnie moim stopom, powodując wiadomo co.
Szczerze mówiąc, myślałam że to jakaś moja obsesja, że wcale nie jest w nich mokro, że na pewno mi się wydaje. Niestety – lub raczej stety – Wojtek potwierdził moje obawy i rzekł, odbierając wszelką nadzieję: ‚Odeślij je’. Odsyłam więc.
W sobotę wybraliśmy się na wycieczkę po sklepach turystycznych. Bilans zysków i strat przedstawia się następująco: zysków zero (mimo wszystko kwestii zbierania doświadczenia nie ujmuję jako zysk), strat sporo. Po pierwsze, jadąc do sklepu, z hukiem przydzwoniliśmy w coś podwoziem. Na razie nie wiemy, co się stało, ale wiemy, że na pewno nic dobrego, jako że temperatura w aucie gwałtownie się podniosła (i wysoką pozostała). Po drugie – w pierwszym ze sklepów butów nie znaleźliśmy, straciliśmy za to troszkę czasu, szukając miejsca do zaparkowania. W drugim sklepie (jeszcze dłużej poszukiwaliśmy miejscówki) udało się kupić buty. Tak, to też w ‚stratach’.
Jack Wolfskin, cena porażająca, wykonanie – zdawałoby się – doskonałe; wiązałam więc z nimi wielkie nadzieje. Pani w sklepie zapewniła, że można je włożyć do wiadra z wodą i nie przemokną. Co prawda na miejscu nie dało się tego sprawdzić (sprzedawczyni nie miała nic przeciwko i już myślałam że nasz plan dojdzie do skutku, ale spotkaliśmy się z protestem kierowniczki), ale test został wykonany niedługo później. Po powrocie do domu Wojtek porwał jeden but i z iskierką łobuzowatości w oku poszedł pod prysznic. Oblał go wodą, wsadził rękę do środka i..



Dzisiaj buty zostały odwiezione z powrotem do sklepu.
Do trzech razy sztuka. Wczoraj odwiedziłam Złote Tarasy i przymierzyłam kilka kolejnych par-kandydatów. Z lekką nutką przerażenia stwierdziłam, że zdecydowanie najlepiej wypadają buty Ecco. O cenie nawet nie chcę wspominać, bo to wstyd, żeby w ogóle rozważać kupno czegoś takiego. Po długich godzinach namysłu uznałam, że skoro to jedyna opcja żeby przetrwać, to trzeba spróbować. Odebrałam więc zwrot gotówki za Jacki i pojechałam zakupić wspomniane precjoza. Przymierzyłam je jeszcze raz, poszłam do kasy.. i spotkała mnie przemiła niespodzianka – szczęście zstąpiło dla mnie z niebios, ciemne chmury rozstąpiły się i wyjrzało zza nich słońce, (…) – dla członków klubu Ecco 25% zniżki na buty! Natychmiast wypełniłam ankietę, zasilając tym samym szeregi klubowiczów.  Można sobie wyobrazić, że jak wielka była moja radość. Przepotwornie, nieprzyzwoicie drogie buty stały się zaledwie bardzo (bardzo, bardzo) drogim obuwiem.
Jadąc autobusem do domu stwierdziłam, że chyba, cholera jasna by to strzeliła, powinnam jednak wziąć większy rozmiar (oczywiście wracałam w nich ze sklepu, jako że po przejściu z przystanku do Galerii w swoich ocieplanych trampkach miałam już stopy-lodowce). No ale dobra, myślę sobie, wymienię na większe i będzie git. Ważne, żeby były ciepłe i nieprzemakalne. Dodatkowo spełniają jeszcze jedno kryterium, które co prawda jest tu w hierarchii na samym końcu, ale to miłe – są naprawdę ładne (czego nie można było powiedzieć ani o Altach, ani tym bardziej o J.Wolfskinach).
Hmmm.. w domu uznałam, że ta niepokojąca wilgoć w środku na pewno jest od mokrej skarpetki, a nie odwrotnie. Na wszelki wypadek oblałam go wodą, włożyłam stopę z suchą skarpetką i.. Nie panikujmy, to na pewno moje urojenie..
Cóż, sklep na pewno odwiedzę, pytanie tylko, czy w celu wymiany butów na większy rozmiar (próbuję się do nich dodzwonić od dwóch godzin, nadal bez skutku!), czy po to, aby je oddać. Uznaliśmy jeszcze, że warto sprawdzić, czy ‚to’ jest mokrością, czy tylko zimnem, bo tak też może być. But w chwili obecnej zażywa więc relaksującej kąpieli w wannie (zalałam go z ciężkim sercem prawie do połowy; brutal Wojtek, zobaczywszy to, uśmiał się co niemiara i stwierdził, że ‚no co ja, testuje podeszwę?!’ i jeszcze go nieco, że tak powiem, podtopił. Boli mnie jak na to patrzę. Kliknij tu, jeśli chcesz, żeby Ciebie też zabolało.)
Tak na marginesie, choć to też ściśle związane z tematem – Rasta ma teraz spacery biegane, bo tymczasowo (?) nie mam w czym chodzić. Dłuższy spacer w Rezerwacie jest do przeżycia, kiedy się biegnie, bo po pierwsze moje (tu nastąpi zakazane słowo) buty są zaskakująco niezłe, jeśli chodzi o ich nieprzemakalność; po drugie – jak się biegnie, to zasadniczo jest ciepło.
O bieganiu niedługo napiszę coś więcej, jako że temat jest naprawdę godny poruszenia (ba, nawet pisania elaboratów). Dziś jednak nie mam już do tego głowy (wiszą nade mną buty i kolos z GOJPu); życie chce mi znowu przypomnieć, że mimo wszystko powinnam się cieszyć i radować, jeśli mam czym.
Rasta chyba się stęskniła za lecznicą weterynaryjną – najpierw babeszjoza z anginą, potem tajemnicze obiekty na jej bokach (wetka powiedziała, że to węzły chłonne albo zrosty po zastrzykach, więc na razie nie panikuję, jako ze R. czuje się wyśmienicie). Dziś nastąpiła awaria, która potencjalnie może stać się powodem do odwiedzenia weterynarza ponownie (oby nie…). Suki bowiem rozwaliły worek ze śmieciami. To delikatnie powiedziane – zawartość tegoż stała się wykładziną, usłała całe mieszkanie. Pal sześć wylizane kubki po jogurtach (jeden znalazłam u Rasty w klatce), zastanawiam się jednak, kto zjadł starą parowkę razem z folią.

Mam nadzieję – wypluć, odpukać i cokolwiek jeszcze się robi w takiej sytuacji – ze którakolwiek z nich to skonsumowała, nie skończy się dla niej wizytą u weterynarza w celu ‚odetkania’ z folii. To wszystko wina Esa; jestem pewna, ze on je do tego namówił. Kilka dni temu wrąbał kawałki plastikowej miski. Nie wiadomo, jakie były dalsze losy owych kawałków, bo po pierwsze nie ujrzały już światła dziennego (mimo wlania w biednego Malinę dwóch buteleczek parafiny), po drugie- wet po obmacaniu go stwierdził, że nic niepokojącego wewnątrz psa nie czuje. Boże, mamy psa, który trawi plastik. Jak będzie krucho z finansami, to Arisę-Pudziana sprzedamy na mięso, Rastę do cyrku na sztuczki, a Esa jako uniwersalną niszczarkę albo interaktywny kosz na śmieci. Ewentualnie do laboratorium jako okaz obdarzony wyjątkowo silnym kwasem solnym w zołądku. I bądź tu człowieku ogarniętym, normalnym obywatelem.

14 Comments »

  1. Chyba serio masz pecha skoro Jacki CI przemokły 😉 ja mam swoje z 5 lat i nic a nic! sucho, ciepło i przyjemnie 😉 chyba, że trzeba zacząć już mówić jak moja babcia "kiedyś to były buty! nie to co teraz! " 😉

  2. Hmmm… może to wina membrany albo braku zaimpregnowania butów? Ja mam z kolei dwie pary treków – Lomera i Ecco. Lomer ma hydrotex – niby nie przepuszcza wody, a ecco goretex, czyli niby tą najlepszą membranę oddychająco-trzymającą ciepło? jakoś tak. W każdym razie co roku, a zimą impregnuje je i nic im się nie dzieje…I jest ciepło… Więc nie wiem:)

  3. Aśka, a nie przesadzasz czasem?
    Ja będąc dziewczyną z rozmiarem 44 w moim super zimnym (-16^C) mieście popierdzielam w dajszmankach za 50zł, które przemakają na samą myśl że muszą wyjść na śnieg. Chyba sobie wkręcasz te przemakające buty. kup sobie kalosze za 30zł i załatwione! 😀

  4. poczytałam na temat zespołu Raynauda. Przepraszam za oskarżanie cię o marudzenie i życzę znalezienia butów nieprzemakających 😀 (nadal polecam kalosze wysłane czymś super ciepłym :D)

  5. Ty tez masz Raynauda?! Ręce tak samo źle jak nogi? Bo ja niesamowicie cierpię zimą jak potykam się o własne zamarzniete stopy, w których straciłam czucie. Ale przyzwyczaiłam się przez lata. Za to z rękami gorzej znacznie się żyje…

  6. Oj chyba mnie zdzielisz jak powiem że moje buciory jednak stały sie do zaakceptowania – wyciągnelam wkładke i już mozna w tym chodzic. wczesniej chciałam miec jeszcze cieplej to mam za swoje 😉
    (i cale szczescie… wydalam 180zl)

    Hmm nie wiedziałam że w sklepie przyjmują buty po ich użyciu (wracałas w nich) chyba ze na zasadzie reklamacji? Bo zwrot nienaruszonych to co innego 😉

    Życzę żeby zafoliowana parówka znalazla sie gdzies w kącie 😉 Ale to dosc delikatna folia w sumie wiec może nie bedzie tak zle jakby co

  7. Łączę się z Tobą w bólu. To mówiłam ja – amatorka pływania długodystansowego open water z zespołem pieprzonego Raynauda. I spróbuj wyjść z jeziora, kiedy straciłaś czucie w stopach… P.S. Polecam kupienie jednak butów trekkingowych, jeśli nie pocą Ci się nadmiernie stopy, to bez membrany i następnie zaimpregnowanie ich specjalistycznym tłuszczem do butów. Buty, owszem, tracą na urodzie, ale zyskują na nieprzemakalności. Polecam również zakupienie obuwia przynajmniej 1 numer większego niż zwykle. Miejsce przy palcach = ciepełko. Patent sprawdzony przeze mnie osobiście w śniegu oraz na wysokości powyżej 5000 m npm. I jeszcze jedna uwaga – nie ma takich butów, które by przetrwały błoto pośniegowe dłużej niż 2h. No chyba że kalosze. 😉

Dodaj komentarz